Borderline

- Sensacyjne, Opowiadania Dodaj komentarz

Czerń nocy pochłaniała resztki niebieskiej poświaty na niebie. Blade światło lamp padało na skonsternowane twarze spieszących przechodniów. Z przepastnego supermarketu co chwilę wychodziły roześmiane rodziny, z przepełnionymi koszami kierując się w stronę parkingu samochodowego.
- Darek, otwórz – rzucając słynnym cytatem z filmu wstąpiłem do środka. Źrenice szybko przystosowały się do jaskrawego światła lamp halogenowych. Rzuciłem okiem na stoiska kasowe, za którymi ciągnęły się kilometrowe kolejki. Chwyciłem za koszyk i skierowałem się w stronę stoiska spożywczego.

* * *

Mijając półki z różnej maści kremami, szamponami, mydłami, zabawkami, płytami kompaktowymi i innymi produktami codziennego użytku podążałem wzrokiem za śmigłem wielkiego wentylatora wiszącego pod sufitem. Powolnym ruchem zasysał powietrze z zewnątrz, prowadząc je szybem wentylacyjnym w różne miejsca supermarketu. Chwilowy zachwyt przerwała wielka tabliczka, informująca o dotarciu do stoiska z żywnością. Apatycznie patrzałem na puszki rybne i koncentraty pomidorowe, zmęczony wojną we własnej psychice. Rzuciłem okiem na kręcącego się nieopodal ochroniarza. Uśmiechnąłem się pod nosem, amplifikując budującą się we wnętrzu furię. Przyspieszenie pulsu i gwałtowny strzał ciśnienia urwał myśli w mojej głowie. Pirania. To omen.
Chwyciłem słoik z koncentratem pomidorowym i celnie cisnąłem w głowę mężczyzny. Dźwięk pękającego szkła przeszył mój rdzeń kręgowy. Krzyk przepełniony agonią rozległ się między półkami. Szybka kalkulacja prawdopodobieństwa zachowania przytomności przez rannego wyniosła wysoką wartość, więc czym prędzej oderwałem skrawek papierowego opakowania od drobno zmielonej papryczki i wysypałem zawartość na jego obficie krwawiącą ranę. Ludzie rejestrowali z oddali wydarzenia, blednąc z przerażenia. Płytkimi, szybkimi haustami łykałem powietrze, przyspieszając wydzielanie energii w mięśniach. Skupiłem siłę i z pełną mocą kopnąłem w półkę z produktami. Łomot sypiących się jak domino stoisk wypełnił halę supermarketu. Podłogę zalały różne płyny spożywcze. Z oddali słychać było kroki nadbiegających funkcjonariuszy, gotowych wziąć mnie żywcem do więzienia. Nie!
Chwyciłem resztki słoi z podłogi i rozpocząłem zmasowany atak. Rzucałem odłamkami szkła, które skutecznie raniły uzbrojonych mężczyzn. Wbiegłem na leżące stelaże, możliwie najszybciej przemieszczając się w stronę niechronionych okien. Szybko przeskakiwałem między przestraszonymi ludźmi, rozsypując wszelkie ostre rzeczy na posadzce. Ostatnia prosta dzieliła mnie od wyjścia. Spiąłem resztkę sił i brutalnie rzuciłem się na okno. Z hukiem pękło pod moim ciężarem, wbijając się mi głęboko w skórę. Upadłem na glebę w szoku wywołanym przeraźliwym bólem, jaki wywołało. Mocne uderzenie pałką oszołomiło mnie do końca. Resztką zmysłów zarejestrowałem przyciskanie do ziemi przez uzbrojonego policjanta. Szarpałem się ostatkiem sił, próbując wyrwać z rąk funkcjonariuszy. Uderzyłem niewysokiego bruneta pięścią, zostawiając na jego twarzy krwawy ślad. Uśmiechnąłem się, z premedytacją plując mu na twarz. Furia! Cierp, za wszystko!

* * *

- Przepraszam, proszę mnie przepuścić. Przepraszam! Czy wszystko w porządku? – przed nosem wyrósł mi puchaty materiał moherowego beretu. Starsza kobieta próbowała się dostać do ostatniego słoiczka z koncentratem pomidorowym, którego ściskałem w bladej jak ściana dłoni.
- Słu… słucham? Nie, nie, wszystko w porządku. Mogę w czymś pomóc? – uśmiechnąłem się szeroko do zmieszanej babci.
- Proszę pana, ten koncentrat, czy to ostatni na półce? Biada, miałam zupę wnukowi ugotować, no nie poradzę – nagle zrobiło mi się żal. Przejmująca miłość w jej słowach nie dała mi chwili do zastanowienia.
- Proszę, niech pani go weźmie. Tylko się mu przyglądałem, czy aby napewno w nim niezdrowych konserwantów nie dodali. Inspekcję przeszedł znakomicie. – Wdzięczny wyraz twarzy był niesamowitą nagrodą za tak niewielką czynność, krótki potok słów. – Życzę smacznego!
Powolnym krokiem udałem się w stronę kasy. Odłożyłem koszyk na miejsce, z uśmiechem mijając ekspedientkę. Napawałem się optymizmem czynu, jaki wykonałem. Nie zyskałem materii, ale wypełniłem swoisty cel dnia.
Mocą Jedi otworzyłem rozsuwane drzwi, z radością wychodząc na ciemną ulicę. Oczy wypełnił ten sam widok. Gwiazdy mrugały porozumiewawczo do wciąż spieszących się przechodniów, a samochody ciągle wyjeżdżały z pobliskiego parkingu.
A ja? Nadal myślałem. Jak wiele, za tak niewiele.

Zostaw komentarz

Teksty napisane na tej stronie są tylko i wyłącznie fikcją literacką.
WP Theme & Icons by N.Design Studio