Brązowe ścierwo

- Obyczajowe, Opowiadania Dodaj komentarz

Usiadłem na resztkach niewielkiego fotela, którego kiedyś uważałem za mój ulubiony. Drgnąłem, gdy przypomniałem sobie jego historię. Wszystkie wydarzenia mignęły mi przed oczami, zatapiając resztki mojej psychiki w smutnej melancholii. Niewielki stół, stojący na ostatku sztucznej wykładziny, zdawał się drgać w rytm tupotu korników. Podniszczone ściany, z których bezwładnie zwisały zerwane tapety, roztaczały atmosferę grozy w słabo oświetlonym pomieszczeniu. Złowroga smuga światła biła spod cerowanej łatami, czerwonej firany. Jedynym dźwiękiem, jaki rejestrowałem, był cichy jęk podmuchów wiatru między spróchniałymi deskami.
Wiatru, który z każdym powiewem wywoływał u mnie wstrząs.

* * *

Narkotyki dzielimy na trzy grupy: psychodeliki, stymulanty oraz depresanty. Pierwsze pogrążają w introwertywnej kałuży myśli, przeplatanej rozpływającym się w oczach środowiskiem. Drugie, jak sama nazwa wskazuje, zmęczenie zabijają falami ciarek, gnających po rdzeniu kręgowym w toksycznej euforii. Zawsze miałem wyjątkową słabość do trzecich, które specyficznie uspokajająco działają na układ nerwowy. Wyłączają myśli, roztaczając mgłę apatii w psychice. Mówią, że zaczyna się od marihuany – kozła ofiarnego, pod którego przerażone paniusie przyczepiają możliwie najwięcej efektów ubocznych, łącznie ze zmianą płci. Wszyscy jednak, co do jednego, zapominają o alkoholu. Popularnego uspokajacza, który z każdym łykiem roztacza wrzące ciepełko w układzie pokarmowym. Substancji, która inicjuje większość, w tym moją, podróży z psychoaktywami.

* * *

Powoli wyjąłem starannie zawinięty, srebrny pakunek, artystycznie uszczelniony popularną gumką recepturką. Rozwinąwszy pieczołowicie zakręcony papierek, położyłem go na stole, starając się nie wysypać zawartości. Drżącymi rękoma sięgnąłem za pazuchę podartej, brudnej marynarki. Po chwili nerwowego poszukiwania wyłożyłem na blat przezroczysty woreczek i zieloną, prawie pustą zapalniczkę.

* * *

Piwo pijałem od święta, ale gdy nadchodził ten rzadki moment, piłem póki nie padłem. Od pierwszej puszki zakochałem się w uspokajającym działaniu tej substancji, co doprowadziło do coraz częstszych imprez oraz większej jej ilości i stężeń. Browar, wino, szampan, wódka i tak w koło macieju. Zapominałem o strachu, który tak często ogarniał mnie w prospołecznych sytuacjach.
Najgorszy jednak był kac. Wątroba wyła, gdy zalewałem ją kolejną szklanką wódki. Alkohol wraz z jego toksycznym metabolitem wyżerał coraz większe ilości mojego organizmu. Gdy obudziłem się kolejny raz w kałuży własnych wymiocin, postanowiłem brutalnie odstawić wyciskający GABA narkotyk.
Delirium substancji działających na owy śmiesznie brzmiący układ jest odwrotna do atrybutu jego nazwy. Przerażające, realistyczne halucynacje, paranoja i psychoza to i tak niewystarczająco, by opisać odczucia targające człowiekiem na odstawieniu alkoholowym. Trzęsąc się, chwiejnym krokiem doszedłem do psychiatry, który przepisał mi klonazepam – jeden z silniejszych leków przeciwlękowych, który działa – zgadliście – na te same receptory co etanol.
Przeżyłem… ale czy napewno?

* * *

Z plastikowej siateczki wyciągnąłem dwa różnej wielkości papierowe opakowania i podniszczoną łyżeczkę o drewnianej rączce. Nosiła ślady częstych, gwałtownych zmian temperatury i resztki brunatnego osadu. Schyliłem się pod stolik, by sięgnąć po stojącą przy jego nodze buteleczkę z wodą destylowaną. Z zamkniętej manierki wydobył się cichy chlupot, brzmiący niczym nienawistna groźba. Czułem już narastające poczucie agonii. Każdy ruch wywoływał bolesny skurcz mięśni wokół kości, które zdawały się pękać pod wątłym uściskiem. Spojrzałem na chaotycznie rozłożone przedmioty na drewnianym blacie, przykuwając wzrok do papierowych pakiecików. Rozerwałem je targanymi konwulsjami rękoma.
Z wnętrza, prócz kawałka waty, wypadła nowa, smukła strzykawka i świeża, nieużywana igła.

* * *

Klony jadłem tylko i wyłącznie w czasie najsilniejszej psychozy. Wyścielały moją świadomość błogim spokojem, który był mi wtedy bardzo potrzebny. W przeciągu dwóch tygodni skończyłem tylko pół paczki, wychodząc z zespołu odstawiennego obronną ręką. Mogłem racjonalnie funkcjonować i myśleć, choć nadal rozlewał się przeze mnie nieznośny ból psychiczny. Złapałem się na tym, że spożywam je coraz częściej – były bardzo pomocne w sytuacjach awaryjnych, gdy nie mogłem poradzić sobie z uprzykrzającym strachem. Nie zdążyłem się spostrzec, gdy zarzucałem pigułkę rano, po południu i dwie wieczorem, by w ogóle móc zasnąć.
Moja pamięć była skasowana. Robiłem rzeczy głupie, złe, nielegalne i – przede wszystkim – niemoralne. Strach był wtedy tylko abstrakcją, jak obraz Witkacego. Zdarzało się, że budziłem się w nieznanym miejscu z pustą paczką wypełniającą mi kieszeń i kolosalnym rozrywem głowy.
W międzyczasie parę razy zapaliłem, ale doświadczenie to nie było dla mnie ani trochę przyjemne. Zderzenie się ze swoimi prawdziwymi myślami, amplifikacja myśli o sobie charakterystyczna dla psychodelików nie była dla mnie – ja szukałem uspokojenia…

* * *

Odkręciłem korek matowego zbiorniczka. Zakrętka szybko potoczyła się w stronę krawędzi stolika, puszczona przez zwiotczałe mięśnie dłoni. Przymknąłem powieki, próbując wytrzymać ostatnie chwile agonii dzisiejszego dnia. Ze srebrnego zawiniątka wysypałem brunatno-brązowy proszek na łyżeczkę. Wyrzuciwszy papierek, z trudem nabrałem połowę strzykawki płynu. Z chwili na chwilę coraz bardziej odczuwałem intensywne uczucie kłucia, przeszywające każdą komórkę mojego ciała. Chwyciłem za zniszczony uchwyt i wypełniłem metalowe zagłębienie wodą. Podniosłem ją nad źródło płomienia, z bólem wykrzesanego z jaskrawej zapalarki.

* * *

Które dała mi kodeina. Dostępna bez recepty w niektórych proszkach przeciwbólowych, dawała parę godzin uspokojenia, błogiej euforii i miłości do pozycji leżącej. Problem polegał raczej na paru paczkach, które trzeba było kupić, by wykonać efektywną ekstrakcję substancji pomocniczych, które spożyte w ilości choćby jednej paczki podzieliłyby moją wątrobę przez zero. Apatia połączona z delikatną jak na opiaty euforią usprawiedliwiała nieznośne swędzenie z początku działania. Razem z nią dawkowałem niewielką ilość leków przeciwalergicznych, które skutecznie niwelowały nieprzyjemny efekt. Z czasem znalazłem dostęp do syropu z czystą kodeiną. Jednak poszukiwania moje na tym się nie skończyły. Zbyt duże ilości zwiększały jedynie efekty uboczne, nie zyskując na sile działania rekreacyjnego. Po wielu tygodniach poszukiwań zdobyłem dostęp…

Do morfiny.

* * *

Po chwili ogrzewania wrzuciłem wacik do jednorodnej mieszaniny. Wchłonął cały roztwór, zostawiając niewielkie strużki w nadwątlonym wgłębieniu. Krzywy uśmiech zagościł na mojej twarzy, gwałtownie udaremniony przez rosnącą udrękę. Położywszy łyżkę na stół, zaciągnąłem pospiesznie ciecz strzykawką, która wypełniła się brunatnym płynem. Antycypacja wypełniała moją świadomość z każdym mililitrem napływającego roztworu. Niezliczona ilość narzucanych przez zespół odstawienny kłuć wywoływała kolosalną męczarnię. Skierowałem końcówkę w górę, śledząc wzrokiem unoszące się leniwie pęcherzyki powietrza. Delikatnie nacisnąłem na tłoczek, by pozbyć się nagromadzonego gazu. Gwałtowny spazm wstrząsnął moim zniszczonym ciałem.
Jeszcze chwila.

* * *

Pierwsze użycie głównej substancji maku lekarskiego nastąpiło po bolesnym upadku ze schodów, wywodzącym się z nieoptymalnego kąta ich ówczesnego pochylenia. Dostałem miesięczny zapas leku w tabletkach o niewielkiej zawartości substancji aktywnej. Mimo tego bardzo często opróżniałem pół opakowania, aby tylko poczuć euforyczne odrętwienie ciała i umysłu. Gdy zapasy niechybnie osiągnęły kres, rozpoczął się trwający około tygodnia zespół odstawienny, który jednak nie zniechęcił mnie od dalszego poszukiwania opiatowej apatii. Słyszałem o ekonomii i efektywności podania dożylnego, ale strach przed igłami efektywnie zrażał mnie do pierwszej próby. Jednak gdy dostałem jedną, jedyną, pełną narkotyku ampułkę, przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.

* * *

Podciągnąłem wyświechtany rękaw, po czym wyprostowałem rękę, przygotowując się do iniekcji. W agonii zgiąłem parę razy palce, by pobudzić krążenie w zdefektowanych naczyniach krwionośnych. Wyszukałem odpowiedniego miejsca do wkłucia i pod możliwie najmniejszym kątem przyłożyłem igłę do żyły. Wyszczerzyłem zęby w ekspresji bólu. Jej nacisk zdawał się przeszywać przez wszystkie warstwy mięśni, aż do osłabionych chrząstek. Wywracający się w bolesnej przytomności na lewą stronę mózg robił wszystko, by wyrównać poziom uszkodzonych przez substancję receptorów.
Beskutecznie.

* * *

Inauguracja ciągu iniekcji była przepełniona strachem przed konsekwencjami. Jednak z gwałtowną, nieprzyjemną ekspresją buntu percepcji w postaci brutalnych wymiotów podczas pierwszego doświadczenia zniknęło przerażenie. Gładkie wejście skutecznie usprawiedliwia turbulencje, jakie występują po paru sekundach od wejścia substancji w układ krwionośny. Od tamtego czasu byłem stałym użytkownikiem morfiny, którą gościłem w rdzeniu kręgowym coraz częściej i częściej. Po czasie, który wydawał się niedługą chwilą, przestałem wyobrażać sobie codzienne funkcjonowanie bez porannej aplikacji.
Wiedziałem, do czego to doprowadzi.

* * *

Ostrożnie przekłułem skórę, wprowadzając igłę do żyły. Wiedziałem, że trafiłem, ale zaciągnąłem do komory znaczną kroplę krwi by upewnić się w swoich przypuszczeniach, z trudem powstrzymując żądzę szybkiego wprowadzenia pierwszy raz kultowej heroiny do krwiobiegu. Przed moimi oczami przeminęło całe życie. Zdałem sobie sprawę z tego, jak wiele mogłem zrobić dla siebie, dla innych. Ludzi, którzy choć przez chwilę we mnie wierzyli. Osób, które naprawdę chciały dobrze.
Łza spłynęła mi po policzku, zostawiając mokry ślad na mojej twarzy. Nacisnąłem w pośpiechu tłoczek, wprowadzając jeden z najbardziej uzależniających narkotyków w układ krwionośny. W połowie iniekcji kontrolę nade mną wzięła nieopisana euforia. Nie ważne było dla mnie już nic. Ból, który przed chwilą rozrywał mój mózg, zniknął. Ostatkiem sił wstrzyknąłem resztę płynu i wyjąłem igłę z tkanki. Postrzegany świat rozmył mi się w oczach, po czym upadłem na podłogę w błogiej apatii.

To koniec. Upadłem na dno.

3 komentarzy do “Brązowe ścierwo”

  1. Lalka Napisał:

    Bardzo mądry z Ciebie człowiek, moje gratulacje ;)

  2. Wedel Napisał:

    Jedno z moich ulubionych opowiadan ;d

  3. Psychodelka Napisał:

    Ślicznie piszesz :) Masz talent.
    Bardzo współczuję Ci tych smutnych przeżyć i trzymam kciuki, żebyś się nie poddawał, bo nigdy nie jest na nic za późno.
    Mimo to jakoś nie rozumiem, dlaczego ludzi ciągnie do opiatów, jakoś nie mogę się przekonać do tej grupy narkotyków.

Zostaw komentarz

Teksty napisane na tej stronie są tylko i wyłącznie fikcją literacką.
WP Theme & Icons by N.Design Studio