Czarnobyl 2002

- Sensacyjne, Opowiadania Dodaj komentarz

Zaczęło się to w roku 1986. Pamiętnego 26 kwietnia pracownicy elektrowni atomowej w Czarnobylu zarządzili przeprowadzenie testu reaktora. Nie wiedzieli jednak, że ich eksperyment odciśnie się na całej historii Europy…


* * *

Rok 2002, 24 kwietnia, godzina 03:12. W biurze głównodowodzącego brytyjską jednostką specjalną SAS zebrały się trzy najważniejsze na międzynarodowej arenie politycznej osoby: Wiktor Crud, prezydent Stanów Zjednoczonych, Pitr Włoszczenko, rosyjski minister obrony kraju i George Powell – dowódca jednostki specjalnej.
- Nie w taki sposób to zrobimy, Pitr. Nie możemy po prostu zbombardować całego terenu Czarnobyla, mogłoby to doprowadzić do niewyobrażalnych strat. Siła promieniowania by narosła, a i żaden z naukowców nie może przewidzieć, jak dokładnie przebiegłaby reakcja wybuchu. -ze zdenerwowaniem oznajmił Wiktor. Sytuacja, przed jaką został postawiony, była niełatwa do rozwiązania.
- Jest jeszcze jeden sposób… – ze spokojem oznajmił Włoszczenko. Crud poczuł, że rośnie w nim nadzieja. “Jeden sposób”? – Wyślijcie tam dwóch najlepiej wyszkolonych żołnierzy.
- Ale… to jest niewykonalne. Promieniowanie zabije ich w parę minut po lądowaniu! – stwierdził Powell. Nigdy jeszcze nie stanął przed takim wyzwaniem.
- Wyposażcie ich w liczniki geigera. Niech omijają tereny napromieniowane. – zimnym tonem odpowiedział Włoszczenko.
- Niegłupi pomysł. Tylko kogo wyślesz? – zwrócił się do Powella prezydent.
- Mam takich dwóch w zanadrzu…

* * *

Dzień przed spotkaniem siły zbrojne całego świata zostały postawione na nogi. Zaginiony od wielu lat po stłumieniu rewolucji w Iranie dyktator Nazih wyszedł z ukrycia dzierżąc szesnaście ton uranu wyciągniętego ze zniszczonego sarkofagu zbudowanego na ruinach elektrowni.
Siły wszystkich agencji wywiadowczych zostały zaprzęgnięte do zdobycia największej ilości informacji. Długo nie trwało, by pierwsze notatki spłynęły kablem do biura Włoszczenki.
-Dlaczego ja? Co mam wspólnego z rozlatującą się elektrownią na terenach Ukrainy i sfrustrowanym terrorystą? – rozmyślanie przerwał mu dźwięk przychodzącej wiadomości. Nerwowo wcisnął klawisz i przeczytał notatkę.
Wynikało z niej jednoznacznie, że za tydzień, na terenie miasta Pripyat, Nazih rozpocznie transport uranu do swoich magazynów zbrojnych, niestety, nie wiadomo było gdzie dokładnie mają być przetransportowane. Wiadomo było jednak gdzie nastąpi przerzut.
Dokładnie na środku osiedla.

* * *

Kurczowo trzymałem poręcz helikoptera i myślałem, czy te ruskie liczniki zadziałają.
- Dag, nie wziąłeś pod uwagę, że te cholerne liczniki mają jakieś trzysta lat? – próbowałem przekrzyczeć hałas silników helikoptera Chinook. Dwuwirnikowy, stabilny helikopter transportowy armii Stanów Zjednoczonych, ofiarowany nam na tą misję, zdawał się płynąć.
- Bez obawy o nie, Sharkuś, ja się martwię czy ta amerykańska kupa złomu doleci na miejsce! – mrugnął z uśmiechem, ale w jego głosie wyczuć można było strach. Serce podeszło mi do gardła…

* * *

Zarzuciłem na siebie Ghillie suit. Niewygodny, ciężki, lecz nad wyraz skuteczny kamuflaż przyda się w wysuszonym, trawiastym terenie Czarnobyla. Chwyciłem za równie dobrze zakamuflowany karabin i przygotowałem się na lądowanie.
Helikopter wylądował z łoskotem na trawie. Licznik Geigera zaczął ostrzegać mnie o promieniowaniu swoim charakterystycznym klikaniem.
- No, to gdzie plaża, morze i panienki?

… chwilę potem zgięty w pół truchtałem w wysokich trawach. Mimo oznaczeń wbitych w ziemię przez ekipy czyszczące po wybuchu wolałem wierzyć mojemu licznikowi. Kto ich tam wie, z jakiego złomu korzystali w roku 1986… Biegłem dalej, zapominając o tym, że mój licznik pochodzi z tego samego okresu.

* * *

Z wysokich traw nagle wybiegliśmy na drogę. Rzuciłem się na ziemie i szepnąłem “padnij!” przez komunikator. Sekundę po tym usłyszałem szelest kamuflażu Daga. Pół metra od mojej twarzy przejechała ciężarówka. Kierowała się w stronę miasta Pripyat, które wznosiło się ponad horyzontem.
- Miało tu nie być nikogo przez cały tydzień! – ze zdenerwowaniem szepnął Dag przez komunikator. – Najwyraźniej patrolują teren, możemy obejść wokół lub iść równolegle do drogi.
- Wracamy do wysokich traw i biegniemy równolegle. Powoli… – szepnąłem, po czym cofnąłem się i powoli, bezszelestnie czołgałem w stronę krzaków.
Za nami przejechała kolejna ciężarówka…

Droga do Pripyatu była pusta. Wokół były pola, po lewej szła asfaltowa droga. – Wygląda jak dopiero co zbudowana – szepnąłem do kompana i spojrzałem w stronę miasta. Pięćset metrów. Licznik coraz głośniej dawał się we znaki…

* * *

Cisza była przejmująca. Nie było wiatru, który mógłby wiać między źdźbłami trawy, nie było ptaków, które mogłyby każdego ranka radośnie świergotać, no i nie było ludzi, których mogłyby budzić.
Opuszczone budynki wydawały się duchami. Uliczne lampy, ulice, wszystko wyglądało jak zupełnie nowe. Sklepy wyglądały, jakby jutro miały być otwarte, przedszkola jakby miały zabrać się do edukacji najmłodszych.
- Czy ty też czujesz metaliczny posmak w gardle? – głos Daga urwał moje rozmyślania. Metaliczny posmak… – Tak, zaczynamy absorbować zbyt dużo promieniowania – powiedziałem. – To ten hotel. – wskazał masywny budynek stojący niedaleko. – Z jego dachu powinniśmy mieć idealny widok na przerzut. Wziąłeś broń? – Przeładowałem. Chytry uśmiech zagościł na naszych twarzach…

* * *

Wchodząc do budynku licznik zarejestrował nagły wzrost promieniowania.
- Nie mamy dużo czasu, Sharkuś, którędy na dach? – spytał Dag. Zdenerwowanie w jego głosie utwierdziło mnie w przekonaniu, że z promieniowaniem nie ma żartów. Promieniowanie, czyli nic innego jak malutkie cząsteczki z ogromną siłą uderzające w nasze ciała, powodują nieodwracalne uszkodzenia tkanek. Niewidzialny zabójca.
- Północny zachód, klatka schodowa A2 prowadzi wprost na dach. – odpowiedziałem bez zbędnego owijania i skierowaliśmy się w tym kierunku…

* * *

Czołgając się w stronę krawędzi dachu nasłuchiwałem ze zdenerwowaniem wskazań licznika. Promieniowanie na tym dachu było rozrzucone bardzo nieregularnie: były miejsca, w których licznik ledwo dawał o sobie znać i były miejsca, w których głośne klikanie powodowało ścisk gardła i zwiększenie tętna.
Dopiero gdy dotarliśmy do krawędzi spojrzałem na horyzont. Widok był niesamowity: ogromne, kompletnie puste połacie terenu, a w oddali elektrownia atomowa, słynny sarkofag, wokół którego promieniowanie jest najsilniejsze. Badania wskazują, że sarkofag powinien być wymieniony, jeśli nie chcemy mieć następnej katastrofy.
Odczułem strach, że zawali się akurat w tym momencie, choć wiedziałem, że wytrzyma jeszcze dobre paręnaście lat. Przypomniałem sobie licznik, który spoczywał w mojej kieszeni: jeśli po tylu latach działa znakomicie, to z sarkofagiem też się sowietom musiało udać.

* * *

Spędziliśmy dwie doby, cztery godziny i piętnaście minut wypatrując jakichkolwiek ruchów wokół punktu przerzutu. Jedyne co widzieliśmy, to patrolujące teren ciężarówki terrorystów, którymi się w ogóle nie interesowaliśmy.
My mieliśmy dorwać największą rybę w tym stawie…

Nazih pojawił się w końcu w charakterystycznej ciężarówce przewoźniczej z flagą Związku Radzieckiego. Kurczowo trzymałem broń, śledząc rozwój wydarzeń.
Dyktator wyszedł z ciężarówki. Z jego twarzy można było wyczytać wściekłość. Trzasnął drzwiami pojazdu.
- Chyba ktoś mu klocki rozsypał. – uśmiechnął się Dag. – Wiatr północno-wschodni, dość silny. Możesz spróbować skorygować celownik z siłą wiatru, lub poczekać, aż ucichnie. Przy tym dystansie musisz wziąć też pod uwagę efekt Coriolisa.
Nazih oznacza “czysty, cnotliwy”. Jego czystość polegała chyba na tym, że przenosi uran w czystych rękawiczkach.
Efekt Coriolisa – ściąganie kuli przez grawitację – wzięty pod uwagę… Cel trochę powyżej jego głowy. Wziąłem długi wdech powietrza i nacisnąłem pewnie na spust.

Kula poszybowała z ponaddźwiękową prędkością. Wydała głośny szum przy wylocie z lufy i trafiła dokładnie w cel, gdy ten rozglądał się w poszukiwaniu źródła dźwięku. Pocisk kalibru 5.56mm zerwał połączenie między barkiem a kością przedramienia. Ręka Naziha efektownie – i efektywnie – poszybowała w górę.

-Mamy go! – jego głos drgnął – i komitet powitalny…

* * *

Terroryści w dzisiejszych czasach mają za dużo pieniędzy, pomyślałem, gdy nad naszymi głowami przeleciał helikopter Bell AH-1 Cobra. Wyposażenie nie dawało o sobie zapomnieć: wyrzutnia rakiet BGM-71 TOW i działko M197 kalibru 20-mm doskonale radziły sobie z niszczeniem murów hotelu.
- Spierdzielać! – krzyknąłem i rzuciłem się do wyjścia. Adrenalina zalała moje ciało, biegłem niewyobrażalnie szybko, olewając niszczące mnie z każdą sekundą promieniowanie.
- Jasna cholera, w jaki sposób przetransportowali amerykański helikopter ze strzeżonej bazy wojskowej aż tutaj? – krzyczał Dag, biegnąc slalomem między pokojami hotelu, starając się uniknąć postrzału.
Wybiegliśmy na zewnątrz. Wiatr przypomniał mi o moim karabinie. Może…
- Dag, rakieta! – krzyknąłem, usłyszawszy charakterystyczny świst. Schowałem się za murek. Głośny wybuch rozległ się echem między murami osiedla.
Siedząc za zbrojonym murem, najwyraźniej używanym podczas ewakuacji, myślałem intensywnie: Udało mu się? Przeżył? Jak odciągnąć ten cholerny helikopter?!
Rozmyślania przerwał mi głośny krzyk. Żyje, przeleciało mi przez myśl, lecz po chwili oblał mnie zimny pot. Krzyk nie znaczy nic dobrego.
Spojrzałem przez lunetę karabinu w stronę helikoptera i bez namysłu wyczerpałem cały magazynek wprost w kabinę pilota.
Rzuciłem broń na ziemię i schowałem się znów za mur. Zaczerpnąłem powietrza, wychyliłem się…
…i zobaczyłem, że helikopter leci wprost na budynek hotelu.
Wbił się w ścianę budynku i eksplodował majestatyczną kulą ognia.

* * *

- Dag, nie ma czasu do cholery! Co się stało? – nerwowo spytałem, nie kojarząc co się wokół dzieje. Słyszałem już pierwsze strzały Automatów Kałasznikowa w oddali.
- Pocisk przeszył mi ramię! – krzyknął – Uciekajmy, wezwałem Big Bird’a, będzie na pozycji LZ1 za pięć minut! – zerwał się na nogi i pobiegł na zachód.
- Pięc minut? Za dwie nas wypatroszą i nakarmią dzikie psy! Nie mamy wyboru, będziemy musieli się bronić. – krzyknąłem, podążając za nim szaleńczym tempem.

* * *

Landing Zone 1 znajdował się dwieście metrów na zachód od hotelu – a raczej już jego ruin. Była to mała polanka z najmniejszym poziomem radioaktywnego promieniowania w całym Czarnobylu. Strasznie wygodne miejsce na ewakuację…
Wściekły ryk przeszył ciszę. Grupa ponad pięćdziesięciu terrorystów wyleciała zza budynku, na horyzoncie trudno było nie zauważyć całego konwoju ciężarówek pędzących w naszą stronę.
Położyłem się i zacząłem strzelać. Niestety liczebność terrorystów nie pozwalała mi samemu wygrać tej bitwy.
- Big Bird, mamy sytuację kryzysową, za ile będziecie? – ze strachem krzyknąłem do nadajnika radiowego.
- Wzrok w niebo, ‘boys! – z amerykańskim akcentem odpowiedział pilot śmigłowca. Spojrzałem w niebo.
Ciemnozielony, matowy Chinook leciał w naszą stronę z zachodu. Podchodząc do lądowania modliłem się o dwie rzeczy: by jego pancerz był wystarczająco gruby i żeby w środku dali mi porządnej kawy.
Śmigłowiec wylądował na trawie. Sześcioosobowa załoga wyposażona w karabiny M16 szybko wybiegła i otworzyła ogień w stronę terrorystów. Celność “emszesnastek” okazała się zbawienna. Szybko wbiegłem na pokład transportera i kucając wspomagałem walkę z nieprzyjacielem za pomocą podręcznego pistoletu.
Śmigłowiec wzbił się w powietrze. Pancerz był na tyle wytrzymały, że składane w szopie kałasznikowy nie były w stanie uszkodzić kadłuba.
Zabezpieczyłem broń.

- Podobało się? – spytał Dag, wypuszczając powietrze.
- Tym razem Powell przegiął – odpowiedziałem zmęczonym uśmiechem…

Jeden komentarz do “Czarnobyl 2002”

  1. Pointless Napisał:

    Było spoko, chociaż nie czuję się potencjalnym celem tego opowiadania, gdyż moja znajomość militariów jest na zerowym poziomie. Dodałbym odrobiny wulgarności dialogom. Żołnierze jak na tak kryzysową sytuację mówili za długie i inteligentne zdania. Kilka “kurew” włożonych w odpowiednie miejsca na pewno dodałoby realizmu dialogom. Pozdrawiam :)

Zostaw komentarz

Teksty napisane na tej stronie są tylko i wyłącznie fikcją literacką.
WP Theme & Icons by N.Design Studio