Hou het rustig

- Przygodowe, Opowiadania Dodaj komentarz

Niewielkie, pełne krzemowych płyt i jednostek centralnych pomieszczenie wypełniał cichy szum pomp układów chłodzenia. Delikatna łuna, bijąca od trzech panoramicznych monitorów, oświetlała pełne kart z funkcjami ściany. Mężczyzna, leniwie oparty o drewniane biurko, przymykał oczy, próbując walczyć z ogarniającą go sennością. Ekran w jego świadomości powoli zmieniał się w chaotyczną kupę zer i jedynek. Budujące się przed jego oczami powidoki, formujące proste figury geometryczne, gładko przeobraziły się w skomplikowane fraktale, tworzące całe serie przypadkowych tworów wyobraźni. Senna dysocjacja stopniowo wygłuszała wszelkie bodźce zewnętrzne, skupiając uwagę mózgu na tworzoną przezeń scenę. Łokieć osunął się z biurka, lądując głowę na czarnej klawiaturze.
Nareszcie. Błogi, od dawna wyczekiwany odpoczynek.

* * *

Niespiesznie podążałem brukowym chodnikiem między uliczkami. Różowy blask wschodzącego słońca zalewał niewielką, holenderską mieścinę. Witryny sklepów, jeszcze zamkniętych z powodu wczesnej pory, mieniły się odbitymi promieniami, mieszając mój odbiór zmysłów. Podążając znaną już na pamięć drogą oglądałem architekturę kamienic, która nigdy nie przestawała mnie fascynować. Ciepłe, przytulne kolory doskonale współgrały ze światłem słonecznym. Przed moimi oczami wyrósł niewielki domek o skośnym, czerwonym dachu, przypominający chatkę babci z czerwonego kapturka. Drzwi były zamknięte, co niezbyt mnie zdziwiło, biorąc pod uwagę obecną godzinę. Pewnie nacisnąłem na pozłacany przycisk dzwonka.

* * *

- Na odbyt Zeusa! – wykrzyknął Crasher, gwałtownie zrywając się z biurka. Na ekranie widniały niekończące się linijki losowych znaków. Ślina ściekała z klawiatury strumieniami, spływając obleśnie z biurka na podłogę. Zapach gnijącej Yerby wypełniał nagrzane od maszyn pomieszczenie, przyprawiając mężczyznę o odruch wymiotny. Zebrał naprędce brudne naczynia i tykwę, po czym wybiegł z pokoju w stronę kuchni. Dzwonek coraz bardziej dawał mu się we znaki. Gwałtownym ruchem podniósł słuchawkę domofonu.
- Tak, słucham? – zmęczonym głosem obwieścił swoją obecność.
- Masz suta zamiast dzwonka.
- A ty zamiast nosa.
- Dlatego mnie kochasz! – chwila budującej ciszy poprzedziła raptowny wybuch śmiechu. Sharky otworzył drzwi, które radośnie zabrzęczały na znak odblokowania zamka.

* * *

Wszedłem do oświetlonego pomieszczenia, w którym od razu wyczułem pleśń. Plamy na podłodze prowadziły wprost do kuchni, gdzie brudne talerze piętrzyły się w aluminiowym zlewie. Zza ściany pobrzmiewało delikatna, ambientowa muzyka elektroniczna, a z biurka spływał wodospad śliny. Słodko, jak w domu.
- Wyglądasz, jakbyś przez całą noc zębami rdzę zdrapywał – rzeczywiście, Crasher nie wyglądał za dobrze. Chyba za bardzo przejmował się stabilnością serwerów. Co prawda mimo porządnego sprzętu i stabilnych łączy zdarzały się krótkie przerwy, ale bazy danych szybko wstawały.
- Pracowałem. Dzięki za Yerbę. Co prawda jej aromat to esencja smaku kurzu zza szafy, ale na nocki bardzo odpowiednia. A i jakoś lżej mi się dziś wstało. Oczyściłem kod, powinien być łatwiejszy do uruchomienia przez maszynę. Skróci to ewentualne pady – jego umiejętności były nieocenione w tej branży. Naprędce pokazał mi poczynione zmiany, uprzednio oczyszczając biurko koparką spalinową. Rzeczywiście, długie funkcje zostały skrócone do prostszych równań, przez co program sam odszukiwał potrzebne mu dane, zamiast pytać o nie drugą aplikację. Świetnie.
- Trzeba wrzucić opis zmian na stronę główną firmy. Zajmę się tym zaraz po wejściu do sklepu.
- Idę z tobą! – spojrzałem na niego. Jego zmęczony wzrok mówił co innego. Podałem mu jego kurtkę po czym wyszliśmy z domu.

* * *

W podskokach przeszliśmy na drugą stronę ulicy. Ludzie powoli wychodzili z domów, sklepy rozpoczynały codzienną działalność, a lazurowe niebo zakrywały puchowe chmurki. Pogoda była nad wyraz piękna. Podszedłem do drzwi, po czym włożyłem klucz w zamek. Niewielka, neonowa palma wywoływała uśmiech za każdym razem, gdy ją widziałem. Charakterystyczny znak rozpoznawczy holenderskich coffeeshopów. Jeden szczęk i wnętrze stanęło otworem, atakując nozdrza miękkim zapachem zabójczego narkotyku. Wygodne, skórzane fotele ułożone pod przeciwległą ścianą czekały na dostawienie do solidnych, marmurowych stołów. Wystrój wnętrza budził zaciekawienie. Kawiarnia była długim holem z drewnianą posadzką. Lecz nie to tworzyło jej klimat. Na wejściu kolor ścian i sufitu bił w oczy różem wschodzącego słońca, symbolizując początek nowej przygody. Następnie przechodził gładko w jasnoniebieski, tworzący radosną mgłę pełni dnia. Wędrówkę kończył czerwony zachód, przechodzący w ciemną, gwieździstą noc, dopełnianą cicho brzmiącą psychodelią. Całkowicie odstępujący od stereotypu nastrój przyciągał konsumentów lepiej, niż kolejne plakaty Marleya na witrynie.
Po szybkiej aktualizacji strony internetowej rzuciłem okiem przez okno. Ulicą biegł zmachany Marez, co dziwiło mnie niepomiernie, gdyż do otwarcia została bita godzina.
- Czemu tak się spieszyłeś? – spytałem, uprzednio witając się z pomocnikiem.
- Postanowiłem, że trzeba trochę pobiegać. Fajnie jest, uwierz mi, przebiec się kilometr każdego ranka. Budzi lepiej niż mocna kawa – Crasher uśmiechnął się szeroko, po czym podał mu rękę. Ten cudowny napój nagle stracił swoją wartość w jego oczach na rzecz zdrowszej Yerby.

* * *

Coffeeshop powoli wypełniał się ludźmi. Języki z różnych stron świata mieszały się w ogólnym gwarze. Zapach dymu powoli roznosił się po pomieszczeniu, sprawnie wychwytywany przez nowoczesny system wentylacji. Marez z uśmiechem witał każdego nowego gościa, sprawnie doradzając odpowiednią odmianę suszu. Indyjki o działaniu sedatywnym, delikatnie usuwały świadomość posiadania ciała i umieszczały głowę w chmurach. Świetne na brak apetytu, bezsenność bądź bóle mięśni. Sativki zaś wprowadzały niekończący się potok myśli i głębokich rozkmin. Potęgowały zmysły, zmieniały poczucie czasu i odległości. Nic lepszego na wieczór przy komedii.
Siedziałem przy witrynie, kontemplując miejski zgiełk. Ludzie śpieszyli we wszystkie strony, najczęściej pomykając na rowerach, tworząc tą niepowtarzalną, poranną atmosferę holenderskiego miasta. Spojrzałem na mężczyznę siedzącego tyłem do mnie. Palił z niewielkiej fajki kolejną porcję silnego suszu. Wiedziałem, co zaraz nastąpi.
- Marez! Przygotuj mleko z cukrem, klient się przepalił – krzyknąłem spokojnie, oglądając papierową biel na jego twarzy. Usiadłem koło niego i sprawdziłem puls. Crasher podbiegł do mnie z przerażeniem w oczach.
- Spokojnie. Duża dawka kannabinoidów zmniejsza delikatnie ciśnienie i gwałtownie obniża poziom cukru we krwi. To wygląda strasznie, ale wystarczy woda z cukrem. Preferuję jednak mleko, gdyż substancja aktywna rozpuszcza się w tłuszczach i szybciej zdejmuje delikwenta z chmur – ta wiedza jest bezcenna. Marez po chwili pojawił się z dzbankiem pełnym mleka. Posmakowałem odrobinę, by upewnić się o odpowiedniej ilości cukru. Słodkie, ale nie mdłe. Idealne.
- Dobrze, że to nie alkohol. Gdyby tak było, jego mózg zmieniłby się w gęstą papkę, a pod kawiarnią stałaby karetka. Jeśli nie karawan pogrzebowy – pomocnik, równie spokojny co ja, nalał napoju do szklanki po czym podał mężczyźnie do picia.
- Proszę to wypić, będzie dobrze – powoli opróżnił szklankę, po czym znów osunął głowę na oparcie. Jego puls wynosił 140 uderzeń na minutę.
- Jest przerażony. Byłby wyższy, gdyby biegł. Psychodeliki mają to do siebie, że mogą powodować myśli o śmierci. Amplifikacja myśli utwierdza w tym przekonaniu i panika gotowa. Konopię ciężko przedawkować tak, by powodowała zmiany w organizmie, potrzebna by była metrowa góra suszu, ale to nie czyni jej bezpiecznej. Znana jest z tego, że ma potencjał do wyciągania z człowieka jego wnętrza. Gdy w człowieku siedzi zakorzeniona choroba psychiczna, typu paranoja, zostanie wyciągnięta na wierzch. Czasem, niestety, dość brutalnie. Nie jest bezpieczna dla niektórych. Racjonalne używanie zmniejsza niebezpieczeństwo używania i alkoholu, i przetworów konopnych. Jest narkotykiem takim samym, jak etanol, lecz o drastycznie innym działaniu na umysł i ciało, i to trzeba wziąć pod uwagę – tłumaczyłem. Kolory na jego twarzy zaczęły powracać, co skwitowaliśmy szerokim uśmiechem. Wtem drzwi wejściowe otworzyły się z charakterystyczną łagodnością. Nie musiałem się odwracać.
- Widzę, że mamy ciężki przypadek – uśmiechnęła się, wyciągając zawinięte w papier śniadaniowy gofry. Ulubiony przysmak mój, jeden z lepszych deserów jej kulinarnych umiejętności.
- Jeść! – jęknął. Gromki śmiech wypełnił salę. Go podzieliła przysmak na pięć równych części. Klient z bladym uśmiechem przeżuwał, popijając słodzonym mlekiem.
- Dziękuję wam. Przepraszam za kłopot, nie spodziewałem się, że tutejszy materiał jest tak mocny – ze skruchą wymamrotał w naszą stronę, spuszczając wzrok.
- Daj spokój, to nie heroina. Pamiętaj jednak, że możesz następnym razem trafić na kogoś opętanego przez propagandę i zamiast pomocy otrzymasz wezwanie do sądu. Może i tu jest legalna, ale to nadal nie czyni jej zabawką – moralizatorska gadka. Chciałbym powiedzieć, że to bezpieczna używka. Niestety, to nie do końca prawda. Znam ludzi, którzy zniszczyli nią sobie psychikę, stając się zamulonymi warzywami.
Rzuciłem okiem na przyjaciół. Coś we mnie drgnęło. Nagle przygniotła mnie wielka waga ich wartości. Poczułem, że nie potrafię być dla nich taki, jak oni dla mnie. Łza spłynęła mi po policzku.
- Właśnie dlatego nie pal – drżącym głosem oznajmiłem pacjentowi, klepiąc go po ramieniu. Wstałem i wyszedłem z kawiarni, zostawiając zdziwionych zgromadzonych. Skierowałem się w stronę słońca. Wiedziałem, jak ważny jest dla nich słoneczny krajobraz. Boleśnie to czułem. Wziąłem głęboki oddech.
Nienawidzę cię, Mario. Przez ciebie stałem się wrażliwy!

Zostaw komentarz

Teksty napisane na tej stronie są tylko i wyłącznie fikcją literacką.
WP Theme & Icons by N.Design Studio