Motorcade: Przechwyt

- Sensacyjne, Opowiadania Dodaj komentarz

Niewielkie miasteczko niespiesznie budziło się do życia. Niebo zapełniły różne tony koloru różowego, pomarańczowego i żółtego, gładko przechodzące w jaskrawoniebieski. Pojedyńcze chmury leniwie płynęły po niebie częstokroć zmieniając kształt, tworząc tym samym zadziwiające formy naturalnego piękna. Słońce zdawało się uśmiechać do wychodzących z domów ludzi, nieświadomych swojego udziału w machinie gospodarczej.
Światło wlało się przez okno do pokoju. Niewielka, drewniana szafka sąsiadowała z łóżkiem pokrytym niebieską kołdrą, która swoim wybrzuszeniem zdradzała obecność skrytego pod jej ciepłymi ramionami mężczyzny. Promienie słońca zbliżały się do łoża niczym drapieżnik skradający się do swojej ofiary.
Ciszę przerwał przeraźliwy dźwięk telefonu.

* * *

Otworzyłem oczy, raptownie przebudzony donośnym dzwonkiem komórki. Podniosłem aparat i odebrałem rozmowę, spojrzawszy uprzednio na wyświetlacz. Migający tekst rozbudził mnie gwałtownie.
- Crasher! – krzyknąłem – Co się stało, że budzisz mnie tak wcześnie?
- Dopiero cię budzę? – mężczyzna nie mógł ukryć zdziwienia – Mechanicy kończą montować nowe silniki do motocykli. Ich moc jest zaskakująca, a prędkości maksymalnej nie sposób sprawdzić. Planowany przechwyt odbędzie się za godzinę.
- Wspaniale. Za piętnaście minut będę – oznajmiłem, rozłączając się. Czułem, że to będzie interesujący dzień…

* * *

- Bazylia jest wyjątkowo ważna w tej porannej potrawie. Delikatnie łechce receptory węchowe, skutecznie budząc zmysły – zawsze mówiła pod nosem, gdy przygotowywała pożywienie. Nie wyobrażała sobie życia bez odpowiednio celebrowanych posiłków, przygotowanych jej zręcznymi dłońmi. Przyprawianie ich było dla niej artystycznym zakończeniem, które specyficznie gloryfikowała. Usłyszawszy odgłosy zza ściany zakończyła pichcenie posiłku i skierowała się w stronę sypialni.

* * *

Ubierałem się szybko, myśląc o planie dzisiejszego dnia. Przechwycenie ciężarówki z uranem to nie zabawa, a nerwy sięgają zenitu, gdy zdajesz sobie sprawę z tego, do kogo jedzie. Bałem się nie tyle o siebie, co przyjaciół. Pakowali się w to, by unieszkodliwić nielegalny transport, z którego niejaki Wojciech planował zrobić prawdpodobnie najsilniejszą dotąd bombę nuklearną.
- Zawistna żądza destruk… O żesz w mordę! – nie dane było mi dokończyć wypowiedzi.
Hej Shark! – Go jak zwykle w najmniej oczekiwanym momencie zjawia się z talerzem apetycznej sałatki. Uśmiechnąłem się szeroko, czując narastający z każdą sekundą apetyt.
- Każdego dnia, każdego ranka, odnajdujesz coraz to nowszy sposób wprowadzenia mnie w osłupienie. Chyba nigdy do tego nie przywyknę. Dziękuję.
Jej perlisty śmiech ciągle tkwi mi w pamięci.

* * *

- Słynne izraelskie UZI – Niemen chwycił rękojeść broni. – Sypie kulami jak rząd bezsensownymi ustawami. I jest równie zabójczy – cwany uśmiech zagościł na jego twarzy. Był zaufanym sprzedawcą wszystkiego, co z ciemnej strefy. Wartość jego towaru przewyższała tylko jego charyzma. Potrafił wcisnąć willę z basenem wódki astmatykowi z Bangladeszu.
- Nada się. Nie znasz może elektrowni, w której potrzebują uranu?

* * *

Crasher z opanowaniem przeglądał mapę planowanej trasy ciężarówki. Niewielkie pomieszczenie z biurkiem i dwoma monitorami wypełniał charakterystyczny zapach arabskiej kawy. Ścianę pokrywały starannie przyklejone plany budynków i projekty urządzeń. Kodował w umyśle najmniejsze zakręty, wiedząc, że każdy błąd może skończyć się tragicznie. Cieszył się i bał jednocześnie – niebezpieczeństwo było wysokie, ale cel szczytny. Mocy motorów nie było sensu kwestionować – Patryk, Marez i Daniel byli wirtuozami mechaniki, którzy z kosiarki zrobiliby napędzaną odchodami stację kosmiczną.
Zapamiętawszy koncept przechwytu, wyszedł z pokoju i udał się w dół schodów do sporej sali garażowej. Sharky, Niemen z tajemniczą teczką i mechanicy kontemplowali lśniący lakier motocykli. Marez wyprowadził wściekle czerwone Suzuki na zewnątrz przez wrota garażowe. Szybka rotacja rozrusznikiem i bębenki wypełnił basowy dźwięk silnika. Mechanik gwałtownie otworzył przepustnicę. Powietrze przeszył ryk motoru, artystycznie zakończony donośnym sykiem turbiny.
Triumfalny uśmiech zagościł na twarzach zgromadzonych.

* * *

Godzina jedenasta dwadzieścia. O godzinie jedenastej trzydzieści ciężarówka z ładunkiem wyjedzie z oddalonego o pięć kilometrów magazynu. Sprawdzam, czy broń odpowiednio dobrze trzyma się w kaburze przy biodrze. Odpalam moją błyszczącą, czarną maszynę. Czuję silne wibracje przenoszone przez masywne nadwozie motocykla. Poprawiłem kask.
Dziesięć minut. Bez obaw.

Ustawiłem się przed bramą garażową. Obok mnie pojawiła się sylwetka czerwonego motocykla. Dudniący bas silników pobudzająco działał na moją świadomość. Poczułem przypływ adrenaliny.
Wrzuciłem pierwszy bieg. Gaz. Ryk motoru przerwał ciszę na pustej ulicy.
Drugi. Syk turbin wypełniał moją świadomość. Skrzyżowanie, redukcja, przejazd, trójka, gaz. Samochody zdawały się zjeżdżać nam z drogi. Pamiętałem tę trasę, za następnym rozjazdem jest już właściwie prosta droga. Zwolniłem, rozejrzałem się. Pusto. Niemen stanął obok mnie. Spojrzeliśmy na siebie. Otwierałem przepustnicę raz po raz. Maszyna zdawała się wyrywać do przodu jak dzikie zwierzę. Czułem jej myśli. Odezwał się instynkt motocyklisty. Drapieżna chęć rozerwania świadomości prędkością.
Sprzęgło. Ryk… Pierwszy bieg. Sprzęgło, drugi, zaraz po tym trzeci. Sto dwadzieścia. Już przy tej prędkości wystarczył najmniejszy błąd, by pożegnać się z życiem. Po lewej stronie mignęła mi jaskrawoczerwona plamka.
Poczułem to. Zacisnąłem zęby i otworzyłem przepustnicę do oporu. Huk wydechu. Strzał ze sprzęgła, bieg czwarty. Odgłos silnika rozpływał się w przeraźliwym świście powietrza. Wibracje. Wściekłość. Amok.
Sto osiemdziesiąt. Lekki łuk, pochylenie. Gaz. But. Kat. Ryk. Trzy litery wystarczą, by wyrazić furię, jaka wstępuje w kierowcę motocykla o tej mocy. Dwieście dwadzieścia a mi nadal mało. Skupienie sięgało najbliżej dwustu metrów przede mną. Dwieście czterdzieści. Nie widziałem już nic. Bieg piąty. Motocykl żyje własnym życiem. Nie mam wyboru, muszę mu zaufać. Skuliłem się. Lekka modulacja przepustnicy i dwieście osiemdziesiąt na liczniku. Polegałem już tylko na percepcji umysłu, która podpowiedziała mi, że wyprzedziłem mojego kompana o parę długości.
Zwolniłem do stu sześćdziesięciu. Podniosłem wzrok. Wydawało mi się, że stanąłem w miejscu. Przede mną rozpościerały się masywne hangary. To już tutaj.
Zatrzymałem się na poboczu drogi. Obok mnie pojawiło się wściekle czerwone Suzuki. Czułem, że ekstaza zalała jego świadomość. Chłodnice wydawały charakterystyczne pyknięcia. Zgasiłem silnik i spojrzałem na zegarek.

Jedenasta dwadzieścia dziewięć. W sam raz.

* * *

Crasher z nieukrywanym zainteresowaniem śledził obraz z kamer zainstalowanych w kurtkach mężczyzn. Jednak warto było odnaleźć te unikalne części. Koszta nie są ważne, gdy umysł wypełnia radosne szaleństwo.
Jedenasta dwadzieścia dziewięć. Szybki rzut okiem na plan i transmisję z kamer budynku magazynu. Ciężarówka powoli toczy się w dół rampy wyjazdowej.
Koordynator włączył mikrofon.

* * *

Cichy trzask oznajmił mi nadchodzące połączenie. Wcisnąłem przycisk na ukrytym w uchu odbiorniku.
- Ciężarówka wyjeżdża. Pamiętaj, by podążać za nią aż do skrzyżowania oddalonego o dwa kilometry. Rozjazd ten jest praktycznie zawsze pusty, powinien to być odpowiedni moment na przejęcie ładunku – zwięźle wytłumaczył Crasher. Pięknie.
- Jedziemy – obudziłem silnik do pracy, gdy lora wytoczyła się z bramy wjazdowej. Kompan spokojnym tempem podążał za mną. Cel poruszał się z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, co przy świeżo przeżytym pędzie wydawało się wiosennym spacerkiem po parku.
Na horyzoncie malował się przepiękny pejzaż. Rozległe, zielone lasy kontrastowały z lazurowym niebem, tworząc kojącą kompozycję barw matki natury. Rozgrzany asfalt zapewniał dostateczną przyczepność motocyklom, które spokojnie toczyły się za masywną ciężarówką.
Zwolniła. Spojrzałem w stronę Niemena. Skinął głową.
Wyprzedziłem ją i stanąłem na skrzyżowaniu. Zsiadłem z motocykla, po czym szybkim ruchem unicestwiłem kierowcę ciężarówki izraelskim karabinem. Dźwięk spadających łusek wywołał nieopisane emocje. Kompan wyciągnął broń i zbliżył się do jej prawej strony, po czym opróżnił magazynek w pasażera, który – z przykrością stwierdziłem – nie zdążył obronić się przed napastnikami. Ruszyłem w stronę tyłu pojazdu. Zdążyłem tylko uchwycić, jak wymienia magazynek. Podbiegłem do drzwi i zniszczyłem celnym strzałem kłódkę. Otworzyłem wrota.
Moim oczom ukazał się masywny pojemnik z ostrzeżeniami naklejonymi jedno na drugie. Czułem się niepewnie, widząc wszędzie charakterystyczny znak “Uwaga, radioaktywne”. Rozsunąłem rampę, na którą przygotowany już Niemen wprowadzał motocykl. Kiedy ja zajmowałem się drugim, dostawca szybko rzucił oba ciała na zbiornik z uranem.
- Jeśli zbiornik jest nieszczelny, do magazynu dowieziemy gotową kolację – odsapnął.

* * *

Prędkość toczenia się pojazdu była zatrważająca. Blokada ustawiona na dziewięćdziesiąt na godzinę pozwalała uniknąć problemów z drogówką, ale utrudniała szybkie dostanie się do magazynu upustowego.
Dziwnie czułem się za kierownicą ciężarówki. Wszystkie obiekty nagle zdawały się małe, a sama kierownica zdawała się prowadzić bez mojej ingerencji. Jazda była uciążliwa i monotonna. Nie radowały mnie już widoki ani poczucie wielkości. Jedyne o czym marzyłem to wrócić bezpiecznie do domu. Na szczęście, w uchu ciągle brzmiał głos Crashera, który zabijał wszechogarniającą śmiertelną nudę.
Słońce powoli zachodziło. Delikatny oranż powoli zapełniał niebo na linii horyzontu, gdy wjeżdżałem do przygotowanego wcześniej hangaru. Z cienia wyszedł zagadkowy mężczyzna w garniturze, trzymający niewielki neseser w lewej dłoni.
- Dzień dobry – powiedziałem z uśmiechem, który spełzł mi zaraz po dostrzeżeniu jego kamiennej twarzy. Skinął głową. Niemen wytoczył już jeden motocykl. Podszedłem do niego, by pomóc mu z drugim. Rzuciłem okiem na ciała, które swobodnie spoczywały na pojemniku. Ich konsystencja ani wygląd się nie zmienił, więc przypuszczenia o nieszczelności zbiornika na szczęście okazały się błędne.
- To wszystko, dziękuję – lodowaty głos tajemniczego mężczyzny, amplifikowany echem, przeszył mój słuch. Skinąłem głową, po czym założyłem kask i odpaliłem maszynę. Lora powolnym tempem wyjechała z hangaru, po czym zniknęła na prostej drodze, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Prowadzić do nikąd.

* * *

Odpaliłem maszynę. Świadomość wypełniała mi tylko ochota na powrót. Błogi spokój i ciszę. Rzuciłem ostatni raz okiem na opustoszały magazyn i wytoczyłem pojazd na drogę.
W tym momencie usłyszałem syrenę policyjną. Poczułem gwałtowny przypływ strachu i adrenaliny, gdy zauważyłem kawalkadę niebieskich samochodów policyjnych wyjeżdżających zza budynku.
- Cholera! – czerwone Suzuki wystrzeliło do przodu z zawrotną prędkością. Nie czekając wiele, zrobiłem to samo. Jaśniejący cyklicznie w lusterkach niebieski promień za każdym razem powodował głośne dudnienie w głowie. Jedyne co się teraz liczyło, to uciec.
Maszyna dawała z siebie wszystko. Nieważne było już artystyczne stawanie na koło bądź głośne strzały ze sprzęgła. Szybka, wyścigowa zmiana biegów pozwalała osiągać oszałamiające przyspieszenie. Nacisk powietrza coraz bardziej utrudniał mi utrzymanie się na pojeździe. Skuliłem się i otworzyłem przepustnicę do oporu.
Gwizd turbin wwiercał mi się w świadomość. Wizja rozpływała mi się przy astronomicznej prędkości sięgającej trzystu kilometrów na godzinę. Zapomniałem o stanie polskich dróg, choć wiedziałem, że wystarczy jedna nierówność, a moje ciało będą zbierać w promieniu paru kilometrów kwadratowych.
Zwolniłem, by ogarnąć sytuację. W lusterku widziałem tylko Niemena, który pomyślał o tym samym co ja.
Pusto. Nikogo nie ma.
Zwątpili. Nie dziwię im się. Skinąłem głową w wyrazie aprobaty.
- Widziałeś to, Crasher? – sam byłem zdziwiony entuzjazmem, jaki wypłynął z moich ust.
- Tak, widziałem. Jeszcze nie pozbierałem szczęki z podłogi – koordynator zaśmiał się, po czym przekazał im ich obecne położenie i plan drogi do domu.
- Już niedługo – odsapnąłem z ogromną ulgą i z przepisową prędkością skierowałem się w stronę rodzinnego miasta.

* * *

Wstawiając maszynę do garażu miałem ochotę rzucić ją jak stoi i zasnąć na podłodze. Zapiąwszy zabezpieczenie antywłamaniowe zwróciłem się do grupy.
- Dobra robota. Jak mogę wam dziękować? – spytałem. Ich uśmiech wart był więcej niż słowa.
- Mi też się podobało – obdarowałem ich zmęczonym uśmiechem. Uścisnąłem im dłonie. Znaczenie tego gestu było nieopisane.

* * *

Otworzyłem masywne, drewniane drzwi mojego domu. Moje zmysły wypełnił przyjemny zapach. Ten sam aromat jaśminu wypełniał pomieszczenie, w którym pierwszy raz spotkałem ją. Go.
- Cześć, jak się czujesz? – jej głos po brzegi wypełniała troska. Poczułem niewyobrażalną mieszankę uczuć, nad którą nie miałem żadnej kontroli.
- Motor. Prędkość. Ciężarówka. Uran – wymamrotałem, nie mając siły na sformułowanie dłużej wypowiedzi. Jej uśmiech rozlał falę ciepła przez moje ciało. – Nadal wątpię w szczelność tego pojemnika. Chyba będę świecił w nocy – starałem się odwzajemnić uśmiech, lecz kocioł emocji pozwolił mi tylko na niewyraźny grymas.
- Tak myślisz? Trzeba się upewnić – lubieżny uśmiech rozpromienił twarz dziewczyny. Po moim ciele rozlała się nagła euforia. Wysiłek dnia przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Liczyła się tylko i wyłącznie ta chwila.

4 komentarzy do “Motorcade: Przechwyt”

  1. Lalka Napisał:

    Przeczytałam tylko dwa ostatnie akapity, bo muszę już iść spać, jednak.. masakra, wystarczyło, żeby mnie wciągnąć, uwielbiam tego typu opowiadania, książki, historie. I dlatego to mi się spodobało. Gdy znajdę więcej czasu to przeczytam całość ;) )

  2. Pointless Napisał:

    Myślę, że nadużywasz trochę słowa “świadomość”. Zmieniłbym trochę, ale generalnie jest okej.

    Pozdrawiam

  3. Wedel Napisał:

    Ogólnie to zaje***te. ^^

    Zgadzam się z Pointless’em. :P

  4. Karuś Napisał:

    zacytuję wuja Łosia: MOCNE GÓWNO ^^

Zostaw komentarz

Teksty napisane na tej stronie są tylko i wyłącznie fikcją literacką.
WP Theme & Icons by N.Design Studio