Shine like Uranium

- Przygodowe, Opowiadania Dodaj komentarz

- Już niedaleko, czuję powiew wiatru – słowa echem odbijały się od wilgotnych ścian jaskini.
- Nie wiem gdzie trafimy, ale oby tam były pączki. Nie wspominając o kawie, oczywiście – zmęczony głos odezwał się w półmroku. Niepokój unosił się w ciężkim powietrzu, przeplatanym krokami dwóch postaci. Senne światło starej latarki raz po raz przeszywało wszechobecną ciemność, przenoszącą zewsząd chlupot wody.
- Tam, światło – serca obu mężczyzn podskoczyły do gardeł.
- Metalowy uchwyt, strasznie ciężki – żelazny szczęk wpuścił do wnętrza światło słońca. Przez krótką chwilę, podczas której oczy przyzwyczajały się do blasku, dało się w oddali słyszeć głuchy, ceglany łoskot. Wysoki, potężnie zbudowany osobnik wyłonił się z otworu kanalizacyjnego. Zaraz po nim wyskoczył niższy, wyraźnie zwinniejszy młodzieniec. Wiatr unosił przydrożny piasek, tworząc pylistą mgłę nad drogą. Nad ziemią unosiły się groźne chmury o czerwonej barwie. Niebo ciemniało, zdawałoby się – chowało przed złowrogim frontem. Silna woń metalu uderzała w nozdrza bohaterów, sygnalizując wysokie napromieniowanie. Mężczyźni niepewnie spojrzeli po sobie w konsternacji. Szukali schronienia, wyszli wprost na falę.
- Jesteśmy w gównie, stary.

* * *

Niecałe trzy miesiące wcześniej, zdawałoby się, że wszystko będzie dobrze. Korea postanowiła wstrzymać rozwój swojej armii, podpisując zgodnie pakt pokoju. Sharky machał gazetą przed oczami Crashera, z radością oznajmiając – pół żartem, pół serio – spokojniejszy sen. Jednak wraz z czasem pojawiały się coraz gorsze powikłania raka trzustki ówczesnego prezydenta, który wybrał delikatny obszar mózgu jako swój kolejny cel. Atmosfera niepokoju znów narosła, tym razem jednak przeradzając się w prawdziwą furię. Krótka seria zgromadzeń najważniejszych władz świata zakończyła się brutalnym zabójstwem głowy Waszyngtonu. Zszokowana Ameryka nie zdążyła się otrząsnąć na czas deszczu atomowego, czyniąc kontynent bezużytecznym. Chmura promieniowania w krótkim czasie rozprzestrzeniła się na cały glob, szybko wybijając populację. Nikt nie spodziewał się tak nagłego końca.
- A może to dopiero początek? – krzyczał Sharky, biegnąc w dół piwnicy. Czuł, że niedobitki podziękują koreańcom.
- Powrócimy do natury, znów skupimy się na najważniejszych wartościach, znowu pokochamy życie – sapał, przeskakując co drugi schodek. Crasher biegł przodem, uszkodzoną latarką nawigując wśród tuneli.
- Teraz musimy skupić się na przeżyciu. Sam zresztą mówisz, że to jedyne co mamy – niepewny uśmiech pojawił się na twarzy kompana.
- Idziemy tędy, nie mamy innego wyjścia. Pomóż mi z tym włazem – bez słowa unieśli stalowe wieko przejścia. Spojrzeli w ciemny otwór, z którego unosiło się ciężkie, wilgotne powietrze.
- Nie mamy wyboru – dało się słyszeć odbite echem w dal jaskini.
Chwilę później z głuchym łoskotem wskoczyli w brudną wodę.

* * *

Od wbitego w barierę wraku samochodu ze szczękiem odpadły brunatno-rdzawe drzwi. Metalowy płacz zawiasów narastał wraz z czerniejącym horyzontem, niczym porzucone, ranne zwierzę zdychające na skraju drogi. Mężczyźni z osłupieniem patrzeli na mrożący krew w żyłach spektakl, nie mogąc ruszyć wątłych ze zmęczenia nóg. Za każdym, coraz cięższym oddechem ruszał pociąg myśli, do nikąd pędząc przez świadomość bohaterów. Trudno było im uwierzyć, że to koniec. Na kształt sennej mary cienie poruszały się z wiatrem na każdej płaszczyźnie, tańcząc we wszechobecnym pyle. Jak nieznane plemię, wykonujące rytualny taniec przed zjedzeniem głupich ofiar, jakby promieniowania im dość nie było. Krótkie salwy śmiechu dzwoniły im w uszach, zwiastując długą, bolesną śmierć. Westchnęli. Nie było nic innego, co mogliby zrobić. Mroczne kształty zbliżały się do nich. Jedyne, co im pozostało, to dać się im porwać.
- Hej! Wy tam, we mgle – koszmarnie szczęśliwy okrzyk zadźwięczał Rekinowi w mózgu, wznosząc go na wyższy poziom gotowości. Szybko rozejrzał się wokoło, resztkami nadziei karmiąc swoje ciało. Cienie wyskoczyły z mgły, raptownie ciągnąc zszokowanych mężczyzn w stronę rozbitego samochodu. Trzy postacie, ubrane w skórzaną – zdawałoby się – zbroję, nerwowo ponaglały ostatnich niedobitków. Sharky, z każdym krokiem czując coraz silniejszy, metaliczny posmak, skupiał się na zachowaniu świadomości. Biegnąc za Crasherem słyszał wątlejące bicie swojego serca. Każda komórka ciała piekła coraz mocniej, jakby rdzewiejąc w przyspieszonym tempie. Potężna eksplozja za jego plecami wstrząsnęła ziemią. Przeskoczył przez barierkę, za którą widniał ogromny właz wgłąb ziemi. Ostatkiem sił rzucił okiem za ramię. Oślepiające światło pochłaniało teren na horyzoncie, zaburzając jego poczucie odległości. Ogromna senność ogarnęła jego zmysły, odłączając je od swych funkcji.
Stracił przytomność, po czym runął twarzą w dół otworu.

* * *

Okrągła, biała mgła majaczyła w czerni nieświadomości. Gęsta nicość wypełniała przestrzeń, anulując wszelką percepcję odległości. Magnetyczny szum co chwilę zmieniał swoją częstotliwość oraz głośność, powodując uczucie szaleńczego pędu. Niebieski obiekt o sferycznym kształcie wypełnił całą wizję. Poruszały się na nim małe, kolorowe kropeczki, układające się w skupiska. Według barwy dzieliły się między sobą, stawiając ogromne bariery wokół zbiorowisk. Planeta stawała się coraz mniejsza, ukazując wokół setki innych, podobnych światów. Ich kształty przybrały formę ludzkich głów, tłoczących się na jednej łące. Szybka podróż w górę zatrzymała się nad układem słonecznym, z wszystkimi planetami krążącymi wokół blasku gwiazdy. Za nim zapalały się kolejne jasne punkty, posiadające swoje własne, charakterystyczne obiekty. Wszystko to zaczęło maleć, gęstniejąc w swych szczegółach, rysując kontury galaktyki. Jej środek, wokół którego dwa ramiona poruszały się bezwiednie, trzymał na palcu wysoki osobnik o psiej głowie, z brodą sięgającą piersi, odziany w szkarłatne szaty. Egipski bóg uniósł dłoń nad głowę, po czym ścisnął ją w pięść. Kolorowe fraktale wysypały się spomiędzy palców, szybko zalewając nieświadomość barwami. Mozaika chaotycznie rozpływała się bez celu, stopniowo zwalniając swoje wirowanie. Odcienie układały się powoli w kształty, uzupełniając się nawzajem w swym znaczeniu. Mnogość lśniącej bieli przyprawiła Rekina o mdłości. Niemrawo przetoczył się na bok i zalał podłogę kwasem żołądkowym. Przeszywający ból szybko obudził go do stanu gotowości. Jego skóra mieniła się purpurą. Czerwienią. Żółcią? Nie mógł jeszcze stwierdzić, ze strachem kalkukując zniszczenia spowodowane promieniowaniem. Jeśli ma być przytwierdzony do łóżka przez kolejne kilka lat, wolałby już mieć to za sobą. Kolejną falę nudności stłumił, skupiając się na pulsującym pieczeniu. Wraz z sensacjami żołądkowymi ustawał i ból, dając ulgę niespokojnym myślom. Rozejrzał się niepewnie po pomieszczeniu, w jakim leżał. Sterylne, szklane pomieszczenie o matowych ścianach, z jednymi stalowymi drzwiami przed łóżkiem. Nie wzbudzało wiele pozytywnych emocji, choć brzydko też nie było. Mógł w końcu wylądować w piachu.
Jego rozmyślania przerwał szczęk otwieranego zamka.

* * *

Drzwi uchyliły się, wpuszczając do pomieszczenia powiew powietrza. Stanął w nich Crasher, trzymając w dłoni niewielką aktówkę. Spoglądał na pacjenta, na papiery, po czym znów na zdziwionego Rekina.
- Może mi co się stało ‘wiesz? – wysapał, po czym położył głowę na poduszce. Kompan zaśmiał się, po czym odłożył kartę na stoliczek.
- Fala uderzeniowa wepchnęła cię do włazu. Zadzwoniłeś zębami głośniej niż sam wybuch. Na szczęście trafiliśmy w dobre ręce – uśmiechnął się, nabierając powietrze.
- Jesteśmy w cholernie wielkim, podziemnym mieście, budowanym tu od dwudziestu lat. Majestat tego miejsca jest nieograniczony, stary – kafejki koło laboratoriów, ulice pełne ludzi i niesamowity blask miliona jarzeniówek – nie przestawał szczerzyć zębów obwieszczając tą nowinę.
- W dodatku oddychamy oczyszczonym tlenem. Wszelka przydatna technologia z powierzchni znalazła swoje użycie tu. Nawet fakt, że żyjesz, zawdzięczasz medykom – Sharky zawinął się w pościel. Nie czuł swojego ciała, za co szczerze mówiąc był wdzięczny – jego kolor nie przynosi pozytywnych myśli. Teraz, mogąc klarownie przyjrzeć się szczegółom, zobaczył płaty sztucznej skóry przyszytej do jego kończyn. Nie wspominając o mechanicznej szczęce, zgrzytającej mechanizmem z każdym słowem.
- Dziękuję za wiadomość, ale nie skorzystam – chwiejnym krokiem opuścił się z łóżka. Jakże się zdziwił na widok szybko zrastających się tkanek. Jeszcze zanim założył buty, ślady poparzeń pochłonęła czysta, wręcz dziecięca skóra.
- O stary, to jest spoko. Ciekawi mnie co jest za drzwiami, jak wygląda życie tu, ale przede wszystkim trapi mnie jedna kwestia. Co robimy dalej? – zrezygnowanym wzrokiem spojrzał na Crashera. Zakłopotany podrapał się po głowie, wyciskając siódme poty ze swojego mózgu. Niczym kolejna jarzeniówka zaświecił znów zębami, wpadłszy na niesamowicie optymalny pomysł.
- Zjadłbym kebaba.

* * *

Siedząc w półmroku restauracji, stylizowanej na wzór starej góralskiej karczmy, rozmawiali przy zmechaconych kanapkach z mięsem i kubkiem gorącego kakao.
- Kolejna wygrana naszego wspaniałego gatunku. Zastanawia mnie jednak, ile to wszystko wytrzyma – Sharky plątał nadzieję z wątpliwością, spoglądając raz po raz na masywne centrum miasta. Pod ziemią nie było wiele miejsca na manipulację, ale nie zatrzymywało to projektantów przed rozkminą – do stalowych, beznamiętnych budynków trudno pałać miłością, ale na przydatność ciężko jest narzekać. Szereg domków mieszkalnych ściśle otulał długą ulicę, zakończoną z jednej strony swoistym centrum handlowym, a z drugiej – kompleksem naukowym. Crasher mówił o usilnych próbach powrotu na powierzchnię, choć nikt jeszcze stamtąd żywy nie wrócił. Martwy, zresztą, też nie. Pracuje się nad pewnym urządzeniem pochłaniającym promieniowanie, choć szybkie jego uruchomienie jest wątpliwe. Kolejny łyk czekolady rozlał się ciepłem po gardle Rekina. Tylko w sumie na to czekamy. Zawsze czekamy, nawet jeśli nic ma się nie zdarzyć. Choroba społeczeństwa, naleciałości z powierzchownego – zarówno w przenośni, jak i dosłownie – stresu. Ciągła niepewność, oczekiwanie, mimo tego, że niczego nie ma w planach. Tak rodzi się psychoza.
Jednym łykiem opróżnił resztę, z łoskotem roztrzaskując kubek o stół.
- Nie mogę się przestawić, idę stąd w cholerę – obwieścił swojemu kompanowi, którego zostawił siedzącego przy stole w osłupieniu. Brakowało mu czegoś, pomyślał, wychodząc przed kawiarnię. Powiewu wiatru, którego się spodziewał poczuć, śpiewu ptaków, wrzawy ludzi. Tam, wyżej, by go to przerosło, ale tu?
- Znajdę tu odpowiedź. Choćbym miał ją odkopać kilofem spod tej sterty stali – mruknął do siebie, kierując się w stronę centrum handlowego.

* * *

Nie myśleć, natłok myśli szkodzi. Kolejny pociąg przelatujący przez stację jego mózgu. Urwane trakcje, semafory, błysk świateł. Musiał znaleźć sobie zajęcie, by nie przeciskać się znów przez kwestionowanie egzystencji. Z drugiej strony – ciekawiło go niemiłosiernie, jak wygląda każdy zakamarek tego miejsca. Czysta, sterylna metaliczność przerażała, a jednocześnie fascynowała. Co jeszcze bardziej go trapiło – nie zobaczył od tamtego czasu żywej duszy, pomijając kelnera w opustoszałej restauracji. Budynki mieszkalne tłoczyły się jeden za drugim, a w każdym – chciałoby się powiedzieć – hulał wiatr, ale cisza tego miejsca przytłaczała. Dostęp do oczyszczanej wody i tlenu jest bezproblemowy, tak samo strawnego pożywienia. W sumie nie ma co się martwić, toteż dalej kroczył w dół ulicy. Sklepy szybko urosły przed jego oczami, zalewając wizję kolorowymi produktami. Sprzedawcy niczym maszyny stali przed ladami, bez śladu znużenia układając produkty na półkach. Sklepy z ubraniami, spożywcze, mięsne i chemiczne. Zaraz obok księgarnia, służąca jednocześnie za bibliotekę. Nawet funshop za rogiem i monopolowy parę metrów dalej. Na brak potrzeb wyższego, jak i niższego rzędu narzekać nie można, choć pochodzenie produktów jest co najmniej zastanawiające. Łóżka są również wygodne, drzwi nie skrzypią, a słońce to sto lampek nocnych. Czego chcieć od życia więcej?
- Sharky? – miękki głos wyrwał go z kalkulacji. Pod księgarnią, jak z nikąd, pojawiła się dziewczyna.
- Długie blond włosy, ubiór wprost z okładki, i – a niech mnie! – szpileczki. Wygodnie się w tym pomyka po tej stali? – z uśmiechem przywitał żywą duszę.
- Jak się przyzwyczaisz, jakoś idzie. Jak tu trafiłeś? – podali sobie ręce.
- Lotem parabolicznym w dół włazu.
- Fascynujące – konsternacja narosła w ułamku sekundy.
- Hm, w sumie dopiero wyszedłem, i jeszcze nie rozumiem zbytnio co tu się dzieje. Dlaczego sprzedawcy wyglądają tak martwo? – rzucił okiem na mężczyznę w budce. Uśmiechał się, machając dłonią, ale mimo tego nie wyglądał żywo.
- To androidy. Jeden wielki mechanizm, na który nałożyli świńską tkankę. Całkiem ładnie wygląda, ale faktycznie, martwo. Wiesz już zapewne, że po drugiej stronie miasta jest laboratorium? – jakżeby inaczej, Crasher szybko znalazł tam swoje miejsce.
- Tak, mój znajomy nawet tam pracuje. W przeciwieństwie do mnie dotarł tu przytomny, dzięki czemu zyskał czas na ogarnięcie mechanizmów tego miejsca – jak wilk wywołany z lasu, pojawił się w oddali ulicy. Jak zwykle trzymając komputer pod pachą, gryząc ołówek nad kolejnym problemem. Zresztą, gryzł go nawet i nad miską zupy.
- Czemu cisnąłeś tym kubkiem? – sam Rekin chciałby to wiedzieć.
- To kolejna z rzeczy, które robię, by kolejny miesiąc się nad nią rozczulać. Wiesz, podchodząc od strony zwykłego zdenerwowania po symbolikę roztrzaskania wszechświata – z uśmiechem wytłumaczył, przechodząc do zapoznania obu znajomych.
- Ewelina, Crasher. Crasher – Ewelina. Świetnie, że się poznaliście. Macie pojęcie o innych żywych duszach? – rozejrzał się, niby od niechcenia, po ulicy.
- Oczywiście, Łukasz siedzi w księgarni pochylony nad… – nie dał jej dokończyć. Trzasnęły za nim drzwi, zostawiając przyjaciół w zdziwieniu.
- Cały Sharky. Miło poznać – Crasher w końcu przerwał kłopotliwą ciszę. Radosny uśmiech wpełzł na obie twarze.

* * *

Księgarnia była dwoma pomieszczeniami, oddzielonymi od siebie meblościanką. W jednej, większej części, można było wyszukać interesujące utwory i oddać się lekturze, a w mniejszej zakupić bądź wypożyczyć książki. Charakterystyczny zapach drewna unosił się w powietrzu, tworząc wraz ze wpadającymi przez okno promieniami światła mistyczną atmosferę. Pod ścianą ustawione były biurka z krzesłami, wyposażone dodatkowo w niewielkie lampki. Na nich piętrzyły się różnego rodzaju księgi, pomiędzy którymi stały trzy pochylone nad stolikiem osoby.
- Hej, miło was tu widzieć – Sharky z nieukrywaną radością podbiegł do stolika. Przyjrzał się otwartym księgom – “Czarnobyl, czyli zrób to sam”, “Historia Rentgena”, “Blask wśród nocnej ciszy”. Brzmią, zaiste, fascynująco.
- Wszyscy w tym miejscu pracują nad promieniowaniem – długowłosy chłopak odezwał się znad książki.
- Biegamy od laboratorium do księgarni, gdzie zdołaliśmy zebrać co zostało, i stąd do centrum badawczego, w którym próbujemy zatrzymać radioaktywność atomów – w skrócie wyjaśnił całą sytuację.
- Nie będzie to łatwym zadaniem – półżycie uranu trwa dwa tysiące lat, ale już nad tym pracujemy – dokończył, po czym odwrócił się w stronę szafy. Niespiesznym krokiem podszedł do niej, odkładając na miejsce przeczytane książki.
- Byłoby nietaktem nie poznać cię z koleżankami – zwrócił się do dwóch dziewczyn, cicho studiujących kolejne kartki. Uniosły wzrok w tym samym momencie, niczym zsynchronizowane androidy, których pełno było w mieście. Rekinowi zjeżył się włos na płetwie już na samą myśl, że każda osoba, którą spotka, może być tylko maszyną.
- Monika, Olga, poznajcie Sharkiego. Sharky, poznaj Monikę oraz Olgę. Tak, to naprawdę ludzie – dodał, widząc blady uśmiech przyjaciela. Długo przyglądał się poznanym dziewczynom. Oczy jednej skrywały długą drogę. Widać było w nich zmęczenie wędrówką, ale i pociągającą stanowczość w dążeniu do celu. Druga zaś, z uśmiechem wlepiając je znów w książkę, tworzyła pewną kurtynę radości przed sobą, kryjąc się za jej ścianą. Obie przyjazne, ale o żelaznej dłoni.
Łukasz z triumfalnym uśmiechem wziął głęboki oddech.
- Znalazłem. Lecimy do laboratorium.

* * *

Przed budynkiem stał Crasher, rozmawiając z Eweliną o systemie światła dziennego. Oboje przekrzykiwali się, wymieniając między sobą informacje z wlepionymi na twarzy uśmiechami, jakby od tych fal elektromagnetycznych zależało ich szczęście. Na głuchy trzask drzwi unieśli głowy, by ujrzeć cztery zaciekle dyskutujące osoby.
- Łukasz twierdzi, że znalazł pomysł – stwierdził Sharky, kierując się w stronę centrum badawczego.
- Polega ona na wyzwoleniu ogromnej energii, która powinna zlikwidować radioaktywność – w szybkim marszu tłumaczył Crasherowi to, co sam chwilę temu usłyszał.
- Oczyszczaniem samego promieniowania zajmują się głównie w laboratorium, gdzie praktycznie próbują je usunąć. Postępują w zastraszajacym tempie, coraz wydajniej wyłapując szkodzące fale gamma – z radością podskakiwał co drugi krok, stukając butami o murowany chodnik. Jasne światło halogenów mieniło się w sterylnie czystych, metalowych ścianach domów. W oddali wznosił się ogromny kompleks budynków, wykrzywionych majestatycznie w ogromne półkola. Wygląd przypominał francuski CERN, gdzie tworzono projekty badań nad energią atomową. Sharky miał nadzieję, że prócz wyglądu zachowano też i ducha. Prowadzono tam swoimi czasy eksperymenty związane z usuwaniem promieniowania, co mogło się niesamowicie przydać w tej, lekko mówiąc, niewygodnej sytuacji. Daleko już nie było, a żywej duszy nadal żadnej. Coraz większą wagę przykładał do ich grupy. Pewna potężna energia emanowała od nich, wypełniając atmosferę falującą mocą. Z minuty na minutę rosła jego motywacja. Czuł budującą siłę, mrowiącą rdzeń kręgowy.
Nagła, elektryzująca myśl uderzyła w jego głowę. Może… właśnie to jest odpowiedź?

* * *

Wielkie, przesuwane drzwi automatycznie zareagowały na nadchodzące kształty. Elektroniczne oko wykrywało tylko zmiany w ruchu, zamiast rejestrować każdy krok. Na widok grupy z radością rozszerzyły swoje skrzydła, niczym rozwierając zapraszająco ramiona. Rekinowi już szczerze obrzydła cała sterylność i metaliczność tego miejsca, ale – przełknąłwszy ślinę – przestąpił próg za kompanami. Ogrom ścian tworzył iluzję białych, niezapisanych kart historii. Malutkie drzwi na początku holu zabawnie kontrastowały z ogromnymi wrotami na jego końcu. Drewniane, pobielane drzwi z niewielką, złotą plakietką: “Biuro”. Sharky i Crasher spojrzeli po sobie, ze zdziwieniem patrząc na pewne wejście Łukasza, sprężystym krokiem wchodząc do niewielkiego pomieszczenia.
W środku dało się słyszeć skrzypienie. Za biurkiem raz po raz pojawiała się głowa o płowej czuprynie, unosząca się rytmicznie w górę i w dół. Atmosfera konsternacji przerodziła się w niesamowity komizm, gdy mężczyzna wstał, po czym położył klawiaturę na blat.
- Przyjemne z pożytecznym – uśmiechnął się, zasiadając głęboko w wygodnym fotelu. Olga bez słowa podała mu zwiniętą kartkę. Wyraz twarzy zmieniał się z zastanowienia, przez zaciekawienie, po wybuch radości.
- Nie ma sensu tracić czasu. Maszyna jest już prawie przygotowana, tylko stół kontrolny jest upierdolony. Crasher – kompan wyprostował się na jego słowo – przygotuj system do uruchomienia, usuń resztę błędów w skrypcie rotacyjnym. Olga i Monika ci pomogą. Łukasz, pomożesz mi z zamontowaniem części. Sharky… – zastanowił się, drapiąc się po głowie.
- Zadaj sobie jedno pytanie, mianowicie co najbardziej lubisz robić w życiu. I to rób.

* * *

Rekin otworzył drzwi biura, kierując się w stronę pomieszczenia kontrolnego. Ewelina szybkim krokiem zrównała się z nim, bez słowa podążając do przodu. Dystans do – otwartych już na oścież – wrót miast się skracać, to wydłużał. Podłoga zatrzęsła się od ruchu turbin, które miały pompować środek deradiacyjny na powierzchnię. Miał pewność, że Crasher zadbał o stronę programową sprzętu, teraz została tylko kwestia praktycznego jego wykorzystania. Nie sądził, by ekipa pomyliła się w obliczeniach – wyglądali co prawda na odrobinę zmarnowanych, ale pewnych siebie. Jednak najbardziej zastanawiał go ogrom budowli mieszkalnych w porównaniu do ilości osób. Przecież spotkał tylko pięć osób, a apartamentów jest na tysiące!
- Jak narazie widziałem tylko was, czy ktoś inny tu jeszcze żyje? – musiał spytać. Trapiło go to mocno, choć wraz z zadanym pytaniem domyślił się odpowiedzi.
- Tak, jest jeszcze parę osób, ale są zajęci w centrum handlowym. Budynków jest tu tyle, by wystarczało dla nowych mieszkańców. Wszyscy sądzili, że zagrzejemy tu parę tysięcy lat, zanim wyjdziemy na zewnątrz – tak, jak myślał. Półrozpad uranu trwa dwa, a to już bite dwadzieścia pokoleń.
Masywna stal drzwi wzbudzała respekt, choć nie zwiastowała widoku dwudziestopiętrowych turbin za ogromnymi barierami. Sharky poczuł metal szczęki, szukając nią kartofli w piwnicy. Nie spodziewał się takiego widoku, to raz, a dwa – fascynowało go, jak to się rusza. Powolne ruchy zwiększały stopniowo swoją prędkość, wprowadzając budynek w drgania. Oboje szybko wskoczyli do małego pomieszczenia kontrolnego. Crasher za panelem sterowania operował maszyną, niczym wirtuoz grający na stumetrowych skrzypcach.
- Wprowadzam deradiator – głośny szczęk w górze budowli oznajmił załączenie materii.
- Deaktywuję promieniotwórczość za trzy… dwa… jeden… – Krótki huk, poprzedzony piskiem, rozniósł izotopy. Monitor zamigotał, ładując zebrane dane.
- Radioaktywność na poziomie kilometra wydaje się być stosunkowo niewielka, mieszcząca się niżej niż na terenach byłego Czarnobylu – z zapartym tchem odczytał wyniki.
- A to znaczy, że można tam żyć! – entuzjastycznie podskoczył na krześle.
- Kilometr teraz, setki jak wyjdziemy!

* * *

Sharky butem wyważył metalowy właz. Potężny powiew wiatru zachwiał jego równowagę, lecz szybko odzyskał pion. Wyszedł na zewnątrz, chowając twarz w starej kurtce. Nie czuł już metaliczności ciała, która występuje przy promieniowaniu. Pewnie dlatego tak tam na dole metalowo – by przypomnieć, co nas tam sprowadziło. Podmuchy powoli cichły, pozwalając mu rozejrzeć się wokoło. Wychylił zza niej szyję, podziwiając jasne, szkarłatne niebo.
Powierzchnia była pełna czarnego materiału przypominającego żwir. Chrupał pod jego stopami, gdy szedł w stronę zapamiętanego wraku samochodu. Stanął w połowie drogi, myśląc o kwestionowanej czystości powietrza. Nie miało to większego znaczenia – odwrócił się, wołając kompanów na zewnątrz.
- Czysto jest, czysto! – krzyczał, podskakując jak dziecko na myśl o prezentach. Rzeczywiście, upominek dostali wspaniały – otrzymali spowrotem świat, który tak ówcześnie nienawidził. Teraz jednak wiedział, że będzie inaczej. Wystarczyło spojrzeć na roześmianą grupę przyjaciół, by uśmiech sam pojawił się na ustach. Czuł się z nimi grupą, ale jednocześnie sam. Nie opuszczały go niepewne myśli, ale przynajmniej wiedział już, po co żyje.
Dla tych ludzi właśnie.

There is a cheer… The nouns have learned a new way to say hooray!

6 komentarzy do “Shine like Uranium”

  1. monia Napisał:

    jesteś niesamowity w tym co robisz.

  2. monia Napisał:

    pisz, pisz, pisz!

  3. sajmon Napisał:

    niezła historia ;D

  4. agusss1993 Napisał:

    superrr…
    niezła historyjka…xD
    pozdrawiam…;)

  5. GoRrrG Napisał:

    świetna historia. tak trzymaj, masz wielki potencjał, nie zmarnuj go! mam nadzieję, że już za parę lat będę czytał książki “polskiego Philipa K. Dicka” ;)

  6. ttoxicityy Napisał:

    Wszystko jest nasycone świetnością! ;)
    ;*

Zostaw komentarz

Teksty napisane na tej stronie są tylko i wyłącznie fikcją literacką.
WP Theme & Icons by N.Design Studio