To jest mój dom…

- Przygodowe, Opowiadania Dodaj komentarz

Cichy szelest tysiąca liści, wśród których błyszczały wczesnojesienne promienie słońca. Niebo przysłaniał masyw wysokiej góry, której szczyt chował się raz po raz za puszystymi chmurkami. Spokojnym krokiem podążałem ścieżką, co chwilę ukradkiem spoglądając na towarzyszącą mi osobę. Wiedziałem, że nie jest jeszcze świadoma tego, co czeka na nią tysiące kroków dalej, setki metrów wyżej, parę godzin później…
- Wysoka ta góra – uśmiechnąłem się na dźwięk jej głosu. – To prawda, ale zrozumiesz, dlaczego chcę Cię zabrać na sam szczyt. Słowa nie opiszą tego, a zdjęcia nie oddadzą tej atmosfery – odparłem. – Spodoba Ci się.

* * *

Ścieżka zaczęła się zwężać, prowadzić wzdłuż kamienistych szelfów. Stąpanie tutaj stawało się problemem, wiele sypkich kamieni mogło doprowadzić do osuwiska, z którym żadne z nas wolałoby się w dół stoku nie wybierać. Słońce osiągnęło już najwyższy punkt swej pozornej wędrówki i powoli, leniwie zaczęło opadać. Zmęczenie zaczynało powolutku doskwierać, aczkolwiek nie było jakoś specjalnie uciążliwe. Krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie – lasy, kamienie, piach i jeszcze więcej drzew.
- Słyszysz to? – zapytałem mojej towarzyszki. Cichy szum dochodził ze środka lasu, plusk krystalicznie czystej wody.
Tknięci pragnieniem zeszliśmy z kursu i przysiedliśmy przy rwącym strumyku.
- Dawno nie widziałem tak krystalicznie czystej wody w tym potoku. Jak się czujesz, Wera?
- Zmęczona, Szarki. Ale czuję się dobrze, nadzwyczaj dobrze.
- Dlatego właśnie ta woda jest taka czysta. To strumień czegoś więcej, niż czystego H2O. To strumień Twojej energii. Ty tchnęłaś życie w to miejsce, w ten las. To, co pijesz, to krew mojej duszy. Zwykle płynie tu błoto, jak wielki zator tłuszczowy blokujące arterie mego istnienia. A teraz… Sama widzisz – przemieszałem dłonią w chłodnej, mieniącej się tęczowymi kolorami cieczy. Fascynował mnie ten widok. Jej zamyślone oczy, utkwione w poruszanymi prądem wody algami.
Siedziałem, oddychając świeżym powietrzem, czerpiąc jak najwięcej z chwili odpoczynku. Nie trzeba już było więcej mówić. Wystarczył zwykły uśmiech.

* * *

- Trzymaj się, Wera, już niedaleko – wysapałem, próbując chwycić się ostatniej półki skalnej. Odepchnąwszy się od podłoża zdołałem sięgnąć zwisającej gałęzi, na którą nie bez problemu się wdrapałem.
- Złap mnie za rękę, wciągnę cię – krzyknąłem, zaparłszy się stopami o konar. Pochyliłem się jak najniżej i ująłem jej dłoń, drugą ręką podpierając się o skałę. Mocnym szarpnięciem ułatwiłem jej chwyt gałęzi, po czym pomogłem jej stanąć na litej skale.
Przed nami rozpościerały się kilometry dolin, wyżyn i kotlin. Lasów i zbiorników wodnych, pól i łąk. Widok ten zawsze zapierał mi dech w piersiach, ile razy bym tu nie był i tak przytłacza mnie własna rozległość. Nigdy nie potrafiłem tego wszystkiego ogarnąć, tego zawsze jest za dużo. Pełne spokoju polany, skąpane w słońcu, sąsiadujące z burzliwymi lawinami, zrywającymi za sobą wszelką roślinność i pozostawiającymi jałowe pogorzeliska. Dzisiaj jednak wszystko stanęło w miejscu, jakby w kontemplacji ciepła, swoistym odrodzeniu i trankwilnej jedności. Szum wiatru, uginające się pod delikatną bryzą drzewa zdawały się kłaniać nam w aprobacie. Zniknął szok, zniknęła nietykalność nawet najdalszych marzeń, hen – daleko za horyzontem.
Objąłem ją nieśmiało, widząc lekki szok na jej twarzy. Jej woń spłynęła w dół mojego rdzenia kręgowego, zsyłając setki impulsów elektrycznych, aż do najgłębszych zakamarków mego serca. Wtuliła się we mnie, jakby przygnieciona nadmiarem wrażeń. Wicher smagał nas delikatnie, opatulał, utwierdzając w przekonaniu, że to, co czuję, jest rzeczywiste.
- To jest mój dom… To właśnie ja. A to moje święto!

Weronice.

Zostaw komentarz

Teksty napisane na tej stronie są tylko i wyłącznie fikcją literacką.
WP Theme & Icons by N.Design Studio