Urban Forest

- Obyczajowe, Opowiadania Dodaj komentarz

Powolne kroki stawiane na betonowym chodniku, jak taniec pełen gracji wśród delikatnie opadających, pierwszych płatkach śniegu, wypełniały moją duszę radością. Szare niebo zakrywały grubą kołdrą zielone korony drzew, w parze ze strzelistymi krzewami tworząc niepokojący obraz nieprzerwanej potyczki nastrojów. Pejzaż budził melancholijną sinusoidę myśli, przechodzącą w coraz szybsze drgania niespokojnego serca. Płuca wypełniało zimne powietrze, zderzając się gwałtownie z wrzącą krwią, pulsującą w tętnicach niczym ogień piekielny. Wydychana raz po raz para wodna tańczyła na wietrze, delikatną mgiełką przykrywając przed moimi oczami skrawki parkowego krajobrazu. Skupiając się na różnych szczegółach niezakrytych kształtów podziwiałem całkowicie różny obraz od ukazanej w całości sceny. Niedostrzeżone detale rozwijały artystyczne skrzydła pod odpowiednim kątem patrzenia. Kolor barierki, naderwany plakat, niewielka kanciapa i drętwe spojrzenie stalowego potwora traciły spójność i eksponowały swe walory w nowym świetle. Monstrum stało w bezruchu, analizując dogłębnie swoimi bladymi ślepiami moją aparycję. Jego niewyraźny wzrok zdradzał zagnieżdżone pod warstwą sztywnej mechaniki troskliwe starania o zdrowie i życie pasażerów, z którymi na codzień obcował. Niepewnym krokiem podszedłem do niego, dotykając zimnego brzucha bestii. Zgrzyt otwieranych drzwi poprzedził cichy pomruk docenionego gestu. Zachęcony wszedłem do beznamiętnego wnętrza transportera, spokojnie sadowiąc się w rogu. Lubieżny trzask wprowadził wibrację niepewności w mojej świadomości. Powolny ruch wymownie zapowiadał nadchodzący, uroczysty spektakl.
Przełknąłem głośno ślinę. Zostanę strawiony?

* * *

Miejski krajobraz leniwie przesuwał się wraz z rytmicznym terkotem sunących po szynach kół parotonowego pojazdu. Niekończące się osiedla wznosiły się nad horyzontem niczym strzeliste drzewa w rozległej puszczy. W chaotycznym biegu ludzi-mrówek dostrzegłem niesamowitą harmonię dążenia każdej osoby do własnych celów. Nieskładny tupot stóp kierowanych obecnymi zamysłami budował, wbrew pozorom, kojącą atmosferę . Tłum w błyskawicznym tempie przeprowadzał ekspansję swojego terytorium. Niewielkie budynki na przestrzeni lat wyrastały wokół bloków mieszkaniowych jak grzyby po rzęsistym, jesiennym deszczu. Domy jednorodzinne, dobudówki, targi, centra handlowe i różne inne budowle, zależnie od obserwatora, były miejscem zabawy lub wypoczynku, bądź służyły jako punkty orientacyjne dla zbłąkanych w wielkim mieście cudzoziemców. Sprawna praca maszyny społecznej doprowadzała do rozwoju infrastruktury, zapominając o postępie duchowym i emocjonalnym.
Każdy przystanek zbliżał mnie do głównego celu. Antycypacja rosła z każdą zmianą prędkości, dyktowaną ujarzmionej bestii przez dominującego konduktora. Uważnie wypatrywałem wysokiego, zielonego biurowca należącego do wiodącego koncernu naftowego. Jaśniejące niebo kusiło bladoniebieskim kolorem, prześwitującym między puchowymi chmurami. Ostatni rzut okiem na wnętrze skupiłem na tekście wiszącym nad drzwiczkami. Posrebrzana tabliczka informowała o wieku potwora, którego narodziny datuje się na 1987 rok. Uśmiechnąłem się, gdy zdałem sobie sprawę z ilości dusz, jakie przewinęły się przez jego układ pokarmowy. Duch czasu zalewał nieświadomych pasażerów przejmującym chłodem. Ile wydarzeń, osób, historii mogłaby opowiedzieć?
Łoskot otwieranych drzwi wybudził mnie z przemyśleń. Charakterystyczny budynek wyrósł gwałtownie przed moimi oczami, upewniając mnie o niechybnym końcu podróży. Pojazd powoli zwalniał, zatrzymując się gustownie na oczekiwanej stacji. Stwór z przeraźliwym jazgotem otworzył szeroko usta, wypluwając przetworzoną materię na ulicę. Symbioza mechaniki i tkanki biologicznej w pełni swego blasku. Postawiłem chwiejnie stopę na kolejnym, prowadzącym do nikąd betonowym chodniku. Wtem promienie wychodzącego zza chmur słońca zalały moje blade lica, wykrzywiając je w doceniającym uśmiechu. Błyszczące w oknach refleksy budziły radość w sercach istnień ludzkich, zmieniając nagle nastrój burego miasta. Metropolii, w której życie biegnie swoim, szybkim tempem.
Odwróciłem się, by ostatni raz zobaczyć odjeżdżający tramwaj. Pomachałem na pożegnanie tej stalowej bestii. Światła porozumiewawczo zamrugały, niewątpliwie żegnając się z pasażerami w podróży po nowych. Odetchnąłem głęboko. Zatłoczone przejście podziemne zapraszało mnie do swego wnętrza. Straszny potwór okazał się potulny jak baranek. Spojrzałem przerażeniu w oczy i zanegowałem jego wyolbrzymioną wartość.
Uśmiechnąłem się szeroko. Przyjrzałem się nie tylko historii niemego tramwaju. Przede wszystkim zrozumiałem czystość szczęścia.

Zostaw komentarz

Teksty napisane na tej stronie są tylko i wyłącznie fikcją literacką.
WP Theme & Icons by N.Design Studio